Strona:Podróże Gulliwera T. 1.djvu/235

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Pan mój usłuchał rady swego przyjaciela, i zapakowawszy mnie w pudło, zawiózł na jarmark; wziął też na konia po za siebie, moją małą piastunkę Glumdalklitch. Pudło było ze wszystkich stron zamknięte, i tylko małe drzwiczki miało do wyjścia i kilka dziur dla powietrza. Dobra moja piastunka, była tak o mnie troskliwą, że mi włożyła do pudła materac, dla wygodniejszego leżenia; lecz mimo to zostałem mocno potłuczony i zbity w tej podróży, chociaż pół godziny tylko trwała. Każden krok olbrzymiego konia wynosił przynajmniej czterdzieści stóp, a kłus był tak wysoki, że najgwałtowniejsza burza na morzu większego wstrząśnienia nie sprawia. Podróż ta trwała tak długo, jak droga z Londynu do St. Albans. Mój pan wstąpił na drodze do oberży, gdzie często zapewne bywał, a naradziwszy się z gospodarzem, dobrym swoim znajomym, najął Gultruda czyli Wywoływacza, ażeby ten obwieścił w mieście, że w oberży pod zielonym orłem wystawione jest na widok publiczny bardzo rzadkie stworzenie, wielkości Splaknoka, mające zupełny kształt człowieka, umiejące kilka wymówić wyrazów, i niezliczone bardzo ucieszne sztuki pokazujące.

Postawiono mnie na stole, w największym pokoju oberży, trzysta stóp kwadratowych objętości mającym. Moja piastunka stała na krzesełku przy stole, aby baczność na mnie dawać mogła, jako też rozkazywać mi co mam czynić. Dla unikania wielkiego natłoku, pan mój nie wpuszczał więcej jak trzydzieści osób do pokoju. Przechadzałem się po stole, stósownie do rozkazów mojej piastunki; zadawała mi też kilka