Strona:Podróże Gulliwera T. 1.djvu/228

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


ochłonienia ze strachu. Żarłoczne te zwierzęta były wielkości najroślejszych brytanów, ale dziksze i obrotniejsze, a gdybym idąc spać, szpadę moją był odpasał, niezawodnie bym został pożarty. Widząc że ten którego śmiertelnie zraniłem, jeszcze cokolwiek oddycha, a nie mogąc się odważyć ująć go i wyrzucić z łóżka, które krwią broczył; dobiłem go więc mocnem cięciem w gardło, po czem zmierzyłem jego ogon; był długi blizko na trzy łokcie.

Gdy wkrótce potem pani moja nadeszła i zobaczyła mnie krwią zbroczonego, zlękła się niezmiernie, i przybiegłszy do mnie wzięła mnie troskliwie na rękę. Pokazałem jej z dumą zamordowanego szczura i znakami dałem jej do zrozumienia, że mnie nic złego się nie stało, tylko że mam potrzebę i na ziemię muszę być zsadzonym: co też uczyniła. Zbliżyłem się do drzwi i pokazałem ręką że chciałbym wyjść: nie zrozumiała mnie z początku; bo powiedzieć jej czego chcę nie mogłem, a znak dosyć przyzwoity wynaleźć trudno mi było: nareszcie domyśliła się; wzięła mnie więc, zaniosła do ogrodu i na ziemię posadziła. Oddaliłem się prędko, dając jej znak ażeby za mną nie szła ani się oglądała, ukryłem się w szczawiu — i lżej mi się zrobiło.

Łaskawy czytelnik wybaczy że się zatrzymuję nad szczegółami na pierwszy rzut oka małej wagi wydawać się mogącemi, lecz pospolity tylko człowiek za czcze i niepotrzebne osądzić je może; dla filozofa zaś będą wielką pomocą do rozszerzenia swych myśli, i wyobraźni ku polepszeniu stanu spółeczeństwa. Było to też głównym moim zamiarem