Przejdź do zawartości

Strona:Pisma Ignacego Chodźki t.I.djvu/283

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Ta strona została przepisana.

Pan Sielicki, uprzedzony widać o téj naszéj wizycie, spotkał nas w bramie swojego dworku, w którym kwaterował. Kordyalne na pozór między nim i wojewodą zaczęły się exwisceracye, i wszyscy w najlepszej komitywie weszliśmy do pokojów.
Pan podkomorzy kazał podać węgrzyna, i spełnił pierwszy kielich za zdrowie wojewody; zaczęliśmy więc pić regularnie.
W naszéj kompanii za wojewodą, przyszedł i pan Stanisław Swieboda, wlokąc przy boku swego Harasima. Tak on ochrzcił swój zasłużony pałasz z furdymentum jak kocia głowa, széroki, prosty i ciężki jak sztaba żelaza. Pan Stanisław nie jak na galę był ubrany: bo będąc chudym pachołkiem, może i nie miał w co lepszego się ustroić; ale przecież po szlachecku i chędogo. Miał on na sobie żupan sajetowy werdragonowy, dobrze wprawdzie podszarzany, ale przecież jeszcze nie dziurawy, ani łatany; po nim pas choć jedwabny, ale słucki i nowy, a na wierzchu kurtkę z takiegoż sukna na opaszce, spiętą na guzik srebrny pod szyją.
Niepodobał się taki ubiór krewnemu pana podkomorzego, panu szambelanicowi, młodem u szaławile, podpiłemu już dobrze i szukającemu zatém guza. Obchodził on po kilka razy pana Stanisława, i domawiając wrzekomo do jego zielonej kurtki — Strzelczyk! — powiadał — dalibóg strzelczyk! — Pan Stanisław pokręcał głową i nic nie odpowiadał. Tém ośmielony panicz, coraz to głośniej strzelczykiem go nazywał, z różnych stron aspektując jego figurę; uśmiechali się i drudzy, a zatém nie wytrzymał nakoniec i pan Stanisław.
— Panie bracie! Panie szambelanicu! — rzekł on — W aspan mnie znasz dobrze; ale że teraz nie poznałeś, i nazywasz mnie szlachcica strzelczykiem, otóż, panie bracie, strelczyk waszeci nastrelaje! — Pan Stanisław niekiedy z ruska zarywa.
Szambelanic chwycił się do szabli. Natenczas postrzeżono zwadę, któréj w tłumie dotąd nie słyszano. Pan podkomorzy zgromił swego krewniaka; pan wojewoda uspakajał pana Stanisława; ale ten ukłoniwszy się grzecznie, nasunął czapkę na uszy i wyszedł.
Nie bawiąc długo, ruszył się i pan wojewoda; już bowiem przerwała się harmonia, któréj gdy na gorącym razie nie sklejono, można było łatwo zgadnąć na czém się to skończy. Zaszedłszy potém jeszcze do pana chorążego Nornickiego i do kilku innych, wróciliśmy tandem na obiad do domu.