Strona:Pisma Henryka Sienkiewicza (1883) t. 5.pdf/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

okradziony przez wspólnika w chwili, gdy sam leżał chory na „vomito.” Wreszcie przybył do Aspinvall — i tu miał być kres jego niepowodzeń. Cóż go bowiem mogło doścignąć jeszcze na téj skalistéj wysepce? Ani woda, ani ogień, ani ludzie. Zresztą od ludzi Skawiński niewiele doznał złego. Częściéj spotykał dobrych niż złych.
Zdawało się natomiast, że prześladują go wszystkie cztery żywioły. Ci, co go znali, mówili, że nie ma szczęścia i tém objaśniali wszystko. On sam wreszcie stał się trochę manijakiem. Wierzył, że jakaś potężna a mściwa ręka ściga go wszędzie, po wszystkich lądach i wodach. Nie lubił jednak o tém mówić; czasem tylko, gdy go pytano, czyja to miała być ręka, ukazywał tajemniczo na gwiazdę polarną i odpowiadał, że to idzie ztamtąd... Rzeczywiście niepowodzenia jego były tak stałe, że aż dziwne i łatwo mogły zabić gwóźdź w głowie, zwłaszcza temu kto ich doznawał. Zresztą miał cierpliwość indyanina i wielką spokojną siłę oporu, jaka płynie z prawości serca. W swoim czasie na Węgrzech, dostał kilkanaście pchnięć bagnetem, bo nie chciał chwycić za strzemię, które mu ukazywano jako środek ratunku i krzyczeć: pardon. Tak samo nie poddawał się i nieszczęściu. Lazł pod górę tak pracowicie jak mrówka. Zepchnięty sto razy, rozpoczynał spokojnie swoję podróż po raz setny pierwszy. Był to w swoim rodzaju szczególniejszy dziwak. Stary ten żołnierz opalony Bóg wié w jakich ogniach, zahartowany w biédach, bity i kuty, miał serce dziecka. W czasie epidemii na Kubie, zapadł na nią dlatego, że oddał chorym wszystką swoję chininę, któréj miał znaczny zapas, nie zostawiwszy sobie ani grana.