Strona:Pisarze polscy.djvu/070

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

czuć je już było utajone w głębi serca; już tam dźwięczały bezbrzeżną, strasznie spokojną, uśmiechniętą, omdlałą litością — ale tu już stanęły Dąbrowskiemu w gardle i głos mu odjęły. Dąbrowski przestał pisać.

»Bo i po cóż? Po co igrać, jak dzieci kartami, ustawiać i zbierać je kunsztownie; po co tworzyć, tworzyć znów to samo życie, gdy ono jest tak przeraźliwie, tak nieuleczalnie smutne? Czy nie lepiej, idąc ulicą, dać żebrakowi grosz, lub pomódz tragarzowi, któremu z kosza wysypały się towary, a chociażby usunąć mu się z drogi? Nie jestże to tyle warte, co dobra nowela lub powieść? Sława? Sława, za którą w trop idzie nieraz nędza, zawiść lub bezmyślne uwielbienie, o którą trzeba dbać i kochać ją kochać za wszystką niedolę, którą nam przynosi, za wszystek brud i kurz, którym na duszę sypie... I czyż sława artysty nie jest najnędzniejsza, najbardziej powierzchowna, najbłyskotliwsza i najmniej warta? Kto ją daje? Kilku krytyków i reporterów rozpanoszonych po kuryerach i ten tłum bezmyślny, znudzony, napółpróżniaczy, który się przelewa przez trzydzieści salonów Warszawy — ludzie, który i tylko dlatego się nie gardzi, że są zbyt nędzni, zbyt mali i — choć nie wiedzą może o tem — sami zbyt smutni. I przed nich to wlec i obnażać cierpienie swoje lub cudze? A sztuka tylko o cierpieniu mówić może, jeśli ma być sztuką, sztuką ludzką.
Bo życie jest smutne. Nie dlatego, że jest