Strona:Pisarze polscy.djvu/041

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


pożądanie przepychu, rozkoszy, szczęścia, zachwytu, rozpusty czy ekstazy, coś niejasnego, co nie daje i nie obiecuje nic, a każe tęsknić, cierpieć i odwracać oczy ze wstrętem od miski strawy, którą podsuwa to życie »bezsłoneczne, szare — którego treścią obiad, dach nad głowę, kąt ciepły, pożywienie zdrowe«. A choć oczy odchylają się z odrazą, ręka nie ma dość siły, aby potargać węzły, odepchnąć przemocą rzeczywistość, która przeklęta, odtrącana jak cień ciągle kroczy, i sen swój wcielić w życie — albo w śmierć, w wielką mistrzynię rozdźwięków. A chwile biegną i spadają gdzieś, skąd cała ta tragedya widziana wydaje się być mniej niż głupstwem, niczem.
Tymczasem wizya plącze się i kala: po nocach bezsennych staje przed nią rozsądek i z cynicznym, a słusznym może uśmiechem plwa na nią, bezsilną, by wyrwać się z jego szponów — i zaręcza: »Będzie pan wesół i zdrów, daję słowo«; barwy jej bledną i sama nie zjawia się już przed oczy, dopóki zmysły podniecone nie ożywią jej i nie nasycą krasami, dopóki na bój nie wyjdzie »dusza z likierem i puder ze łzami«. I niewiadomo doprawdy co gorsze, czy bezustanna walka i szamotanie z jasną świadomością o koniecznej przegranej, czy ostateczna porażka, bezmyślne, gęste, ciężkie ukojenie, zwycięstwo duszy, czy zwycięstwo likieru.
»Źle jest, ojcze duchowny«. Bo wszystko to jest stara piosenka, nastrój przeżyty, dźwięki skazane na zagładę. Gdzieś ktoś, kto wessał w siebie całą rozhukaną butę słowiańską, grozę łupieżczych