Strona:Pilot św. Teresy.djvu/094

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


o mai — co znaczy: „Jezu, wnijdź do serca mego”.
— Spróbuj to zaśpiewać, a zobaczysz, że to nie jest wcale brzydkie! — proponował mi.
Dzień schodził na takich ćwiczeniach.
...Słyszałem, jak katechizował głosem grobowym, przewlekłym, w skomplikowanej składni Roro. Słyszałem, jak jedną klasę uczył śpiewu; uczniowie ryczeli w niemożliwy sposób, a on pozostał niewzruszony, śpiewając dalej swoje. Słyszałem też, jak przemawiał do pogan upartych, zatwardziałych lub do podejrzanych katolików. Szczęśliwy byłem, widząc go przy robocie, ale nie wiem dlaczego, ogarnął mnie smętek.
Wieczorem godzinę modlił się przed tabernakulum.
Przychodził katechista na pogawędkę. „Johnie! — mówiłem mu — czy wiesz, kim jest wasz Ojciec?” i śmieszną angielszczyzną opowiadałem mu ową przeszłość pełną chwały. Słuchał z otwartemi ustami, a potem zasypywał mnie gradem pytań. „A teraz — mówiłem dalej — poco przyszedł tu, do tej dziury? Zdobywać dusze. Słyszysz, John? Dawaj mu je. Kochaj go. I staraj się dobrze dla Ojca go-