Strona:Pilot św. Teresy.djvu/057

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


W PARYŻU I W LISIEUX


Otrzymawszy urlop, Bourjade udał się do Paryża.
Ale to nie był jego Paryż, ten, który znał z czasów przedwojennych.
Stolica Francji zalana była wówczas przez setki tysięcy cudzoziemców. Wszędzie widać było wyniosłych oficerów angielskich i niby bardzo demokratycznych i dobrodusznych, a w gruncie rzeczy rozbuchanych i aroganckich Amerykanów z tą ich obrzydliwą pewnością siebie, jaką czerpią z brzęku dolarów.
Po ulicach wałęsali się strzelcy marokańscy i senegalscy, polujący na przygody miłosne, na chodnikach żołnierze amerykańscy grali w piłkę. Lasek Buloński rozbrzmiewał bezustannym hukiem eksplozyj motocykletek amerykańskich, jakgdyby się w nim bitwa toczyła. Wojskowe orkiestry amerykańskie przeciągały ulicami, grając barbarzyńskie marsze o łamanym rytmie i wyjąc chromatycznemi gamami. Angielskie „nurses” o końskich twarzach i zębach obwoziły żołnierzy po mieście na lorach samochodowych lub oprowadzały po muzeach. Napół dzicy żołnierze „Anzacu” (Australja — Nowa Zelandja — Afryka — Kanada) wyprawiali po