Strona:Pieśni narodowe.djvu/104

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


„Zawszeć po kniejach jak sarna płocha,
Jak upiór błądzić w noc ciemną?
Zostań się lepiej z tym, kto cię kocha,
Zostań się, o luba, ze mną!
„Chateczka moja stąd niedaleka
Pośrodku gęstej leszczyny;
Jest tam dostatkiem owoców, mleka,
Jest tam dostatkiem zwierzyny“.
„Stój, stój — odpowie — hardy młokosie,
Pomnę, co ojciec rzekł stary:
Słowicze dźwięki w mężczyzny głosie,
A w sercu — lisie zamiary.
„Więcej się waszej obłudy boję,
Niż w zmienne ufam zapały,
Możebym prośby przyjęła twoje,
Ale czy będziesz mnie stały?“
Chłopiec przyklęknął, chwycił w dłoń piasku
Piekielne wzywał potęgi,
Klął się przy świetnym księżyca blasku,
Lecz czy dochowa przysięgi?
„Dochowaj strzelcze, to moja rada:
Bo kto przysięgę naruszy,
Ach biada jemu, za życia biada,
I biada jego złej duszy!“
To mówiąc, dziewka; więcej nie czeka,
Wieniec włożyła na skronie
I, pożegnawszy strzelca zdaleka,
Na zwykłe uchodzi błonie.
Próżno się za nią strzelec pomyka
Rączym wybiegom nie sprostał;