Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/89

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


wypadki tych chorób? Cały sens mojej praktyki opierał się przede wszystkim na leczeniu tych właśnie schorzeń. W Starołęce ludność była specjalnie podatna na choroby gardła. Być może, że bliskość rzeki przyczyniała się do tego. Ciągle spotykałam się z różnymi formami anginy, wrzodami na tylnej części gardła oraz dyfterytem. Gdy wzywano mnie do dziecka, zawsze starannie sprawdzałam, czy mam przy sobie surowicę przeciwbłoniczą.
Diagnozę dyfterytu na początku choroby jest bardzo ciężko postawić bez badania bakteriologicznego. Trudności komunikacji z Poznaniem były nazbyt wielkie, by wysyłać naloty gardła do badania mikroskopowego, a później czekać na wyniki analiz. Stosowałam więc szeroko zastrzyki surowic i nawet w celach profilaktycznych, bez uprzednich badań mikroskopowych. Raz zdarzył mi się wypadek, który mną wstrząsnął na całe życie. Na początku mojej praktyki leczyłam 4-letniego chłopca. Obejrzałam mu bardzo starannie gardło. Lekkie zaczerwienienie i nic więcej. Następnego dnia, gdy odwiedziłam dziecko, w gardziołku był tylko bardzo słabo widoczny szary nalot, natomiast występowały objawy sinicy i duszności. Nawet duża dawka natychmiast wstrzykniętej surowicy nie zdołała już dziecka uratować. Wtedy ja sama dostałam jakby lekkiego szoku na punkcie choroby gardła.
Przypuszczam, że chyba z tysiąc dzieci wyratowałam od innych ciężkich schorzeń i śmierci, spowodowanej wtargnięciem do ich organizmu bakterii chorób zakaźnych. Mimo to, nie jestem bynajmniej dumna z tego powodu, ani pewna siebie. Ten jeden, jedyny wypadek na początku mojej praktyki tak mnie wstrząsnął do głębi, że nawet liczne podziękowania chorych oraz ich miła pamięć o mnie nie dają mi właściwego zadowolenia. Zawsze myślę sobie: moje chęci są najlepsze, wiedzę starałam się, jak mogłam, kompletować, a jednak wynik tego wszystkiego — rezultat wyleczenia — trzyma w swoim ręku natura, los, no i — jakże często — sam chory.


Wrzód w gardle.

Do Wiórka droga ze Starołęki była w lecie niezmiernie piasczysta, jechało się noga za nogą koleinami, wyżłobionymi przez wozy w piachu, 8 kilometrów. To też jeżeli na wsi wynajęto konie i przysłano po mnie, wiedziałam, że wypadek jest nie byle jaki. W słonecznym upale, kurzu, ale za to wzdłuż brzegu mojej umiłowanej rzeki, dowlokłam się wreszcie do Wiórka. Jakaś robotnica z fabryki drożdży w Luboniu dusiła się. Na tylnej ściance gardła ujrzałam wrzód wielkości małego jabłka. Tętno przyśpieszone, gorączka 40 stopni. Stan ogólny ciężki.
Proponuję przecięcie wrzodu. Chora jednak się boi i za nic w świecie się nie zgadza. Do szpitala też iść nie chce i twierdzi, że lepiej już tak umrzeć bez bólu.