Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/80

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


nie czują i nie pojmują tej Nędzy. Tak. Chłopi w średniowieczu, być może, wiedli podobne życie w całym świecie, ale obecnie wiodą je chyba tylko u nas.


Wielkanoc.

15 kilometrów jazdy autem po błocie, dołach i kałużach. Mocny samochód i doświadczony dobry szofer, a mimo to jestem taka „strzęsiona“, że serce czuję koło gardła. To już nie ten lekarz, który w zaraniu swej praktyki przeszło 6 km. pędził pieszo, żeby chorego odesłać do szpitala na operację. Dopiero ósmy rok tej jazdy po błocie, piachach i dołach, a skutki już czuję. Ósmy rok pracy w dzień i w nocy i już choruję na serce. Nogi się pode mną trzęsą, kiedy wychodzę z samochodu. Chora, do której mnie wzywają, leczyła się podobno na gruźlicę. Drewniana chata, w której pacjentka mieszka, kryta jest deskami. Wokół płotek, a tuż za nim, przed samymi oknami chatki stosy gnoju, który widocznie przechowuje się w tym miejscu aż do wiosny. Obok piwnica z ziemniakami, pieniek do rąbania drzewa, pies w budzie i przeraźliwe błoto, błoto, błoto...
Wbiegam z wąskiej sieni do izby i od razu robi mi się niedobrze. Panuje tu zaduch naprawdę niezwykły. Na podłodze, na krzesłach i stole leża części jakiegoś zwierzęcia, wieprza, czy wołu, odarte ze skóry, zielonkawo-żółte, oślizgłe.
— Co pan tu robi? — pytam kręcącego się koło tych specjałów mężczyzny.
— Kiszki na święcone.
W Poznańskim na wszelkiego gatunku kiełbasy mówi się zawsze: kiszka.
Tzw. flaki, czyli kiszki, leżały obok w miednicy. Czuję, że długo nie wytrzymam w tym zaduchu. Już bowiem gdy tylko zobaczyłam te „wielkanocne wyroby“, dostałam pierwszych odruchów torsji.
— Gdzie chora?
Pacjentka leży pod tradycyjną pierzyną w tej samej izbie, która chwilowo zamieniona jest na masarnię. Pod łóżkiem chorej spoczywa głowizna, czyli łeb odartego ze skóry zwierzęcia.
Kobieta odpluwa. Przypuszczam, że prątkuje. Temperatura 38 i 5. Orkiestra z furczeń i świstów w płucach! Smaczne i zdrowe będą te „kiszki“, to mięso, które chłop polski jada w nadmiarze na Wielkanoc.
Ze względu na możliwość zarażenia otoczenia i na ciężki stan chorej, chciałam ją natychmiast skierować do szpitala. Nie zgodziła się jednak. Na Wielkanoc nie będzie sama w szpitalu.
— Może po świętach pani doktorowa mnie zabierze. Teraz nie pojadę i koniec.
Wytłumaczyłam wszystko o zakażeniu i skrytykowałam sposób wyrabiania wędlin. Ale im więcej wymyślałam na „zielone mięso“, które widocz-