Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/691

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poczucia lekarza i pozyskania 100%-owego zaufania ubezpieczonych należy nawet cośniecoś poświęcić.
Każdy człowiek ma wśród różnych składników jego instynktu społecznego potrzebę niesienia pomocy bliźniemu w jego cierpieniach, sprawienia mu ulgi, okazania mu swego współczucia czy dobrego serca. W naszych decyzjach obierania sobie zawodu lekarza ta wewnętrzna potrzeba gra wielokrotnie rolę dominującą. Później po latach, kiedy jesteśmy już lekarzami, ta wewnętrzna potrzeba staje się objawem coraz bardziej przytajonym, coraz głębiej leżącym. Nie lubimy się nad tym zastanawiać, nie lubimy o tym mówić, a jeśli zatrzymujemy myśli nad tym tematem, to raczej sami z sobą, albo z najbliższymi przyjaciółmi, przed którymi nie kryjemy się z niczym, nawet ze swymi „słabostkami“. Nazewnątrz nie okazujemy naszych uczuć, nie chcąc uchodzić za romantyków, czy też nie chcąc wyróżniać się z szeregu zimnych i opanowanych ludzi dwudziestego wieku. Może dlatego wśród najszlachetniejszych, obdarzonych dobrym wielkim sercem lekarzy tak dużo spotykamy ludzi napozór zimnych i nie wczuwających się w kompleks zjawisk, otaczających chorego.
Praca w Ubezpieczalni Społecznej ma to do siebie, że jeśli nie pozwala na okazanie zainteresowania choremu tym wszystkim, co się z jego chorobą w jego życiu i myślach wiąże — to nam to w ogromnej mierze utrudnia. Wiele czynników na to wpływa. Jednym z najważniejszych jest natłok pacjentów i to tych właśnie, którzy stanowią 60% — agrawantów. Powoduje to ograniczenie czasu, potrzebnego na zbadanie pacjenta. A że chory potrzebuje od nas nie tylko trafnej diagnozy — ale jakże często przychodzą po coś więcej, z czego nie zdają sobie zwykle sprawy — wynikły już u powstania Kas Chorych te zagadnienia, które stworzyły czynnik drugi — brak serdecznego kontaktu między ubezpieczonym a lekarzem, powodując u obu stron jedno wielkie niezadowolenie, składające się z codziennych wzajemnych drobnych niezadowoleń.
Społeczeństwo polskie ma szczególną umiejętność gonienie pewnych zjawisk bez wnikania obiektywnego w ich stan i przyczyny. Takie gonienie czy urąganie obserwujemy od powstania Kas Chorych. Ubezpieczony płaci składkę, bo mu to nakazuje przymus prawny, idzie po poradę, bo chce wykorzystać swe prawa, niecierpliwi się, że tej pomocy nie ma natychmiast, bezpośrednio po zaistnieniu potrzeby faktycznej czy urojonej, jego myśl pełna jest zasłyszanych a najczęściej ujemnych wersji o instytucji, do której się zwraca już zgóry uprzedzony, a więc nastawiony niechętnie. W takiej chwili styka się z lekarzem, widomym przedstawicielem tej instytucji. Ten jego stan psychiczny dyktuje mu opryskliwe słowa, ponury grymas twarzy, z pierwszych zdań jego skarg odnosi się wrażenie — że to właśnie lekarz jest przyczyną jego choroby i niezadowolenia, ileż doprawdy opanowania, zrozumienia, a przede wszystkim serca musi mieć ten lekarz, żeby wniknąć w przyczyny tego nastroju, żeby uświado-