Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/690

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jej stan taki trwa, to jedynie dlatego, że jest tolerowany i nie spotyka się z odpowiednim przeciwdziałaniem.
Inna sprawa, że dalsza praca z takim osobnikiem jest zjawiskiem zupełnie sztucznym, zjawiskiem, które nie powinno mieć miejsca. Lekarza z ubezpieczonym powinien wiązać stosunek, oparty na szacunku z jednej strony, a całkowitej życzliwości ze strony lekarza z drugiej. Jeżeli między lekarzem, a chorym czy jego otoczeniem zaistniały jakieś nieporozumienia — ich następne zetknięcia w razie choroby kogoś z tej rodzin są zgóry skażone na możliwość nowych incydentów. Ubezpieczony albo kryje swoją niechęć, bo mu na pewnych świadczeniach zależy, albo robi ponure miny odnosi się z niechęcią wyraźna i nieukrywaną. A lekarz? Lekarz przestaje być prawdziwym lekarzem, załatwia jak najprędzej ceremonię badania, zostawia receptę i kończy tę poradę, jak rzecz jak najbardziej nienaturalną na świecie, pracując cały czas pod grozą nowej scysji. W tych warunkach nie może być mowy oczywiście o pracy należytej — pracy takiej brak jest czynnika tak niezbędnego, jak serce lekarza.
Dlatego też związanie trwałe lekarza domowego z ubezpieczonym, zamieszkałym na jego terenie jest rzeczą, która w zetknięciu z życiem natrafiło na sytuacje nie do przezwyciężenia. Tu trzeba znaleźć jakieś wyjście. Zarówno ubezpieczony powinien mieć prawo iść za głosem swojego zaufania, oczywiście w pewnych wypadkach — jak i lekarz, właśnie lekarz powinien mieć prawo zrzeczenia się opieki lekarskiej nad tym czy innym pacjentem czy rodziną ubezpieczonych. Może tu właśnie leży klucz ro rozwiązania kwestii podniesienia zaufania do lekarzy Ubezpieczalni.
Lekarze Ubezpieczalni nie powinni zasklepiać się w wykonywaniu swego zawodu wyłącznie na terenie Ubezpieczalni. Rozmawiałem kilka razy z kolegami, pracującymi wiele lat wyłącznie jako lekarze domowi czy ambulatoryjni. Zauważyłem, że są dziwnie zgorzkniali, dziwnie niechętnie rozmawiają o swojej pracy, nie podniecają się ciekawszymi przypadkami, jednym słowem nie wieje od nich tym „entuzjazmem wykonywania kochanego zawodu“, jak mi jeden z kolegów słusznie to zjawisko określił. Po prostu w zetknięciu z kolegami, którzy pracując w warunkach szpitalnych, mają okazję do obserwowania postępu w lecznictwie i udziału w pracy nad postępem, czują się onieśmieleni, mniej wartościowi, mają żal do losu. Nie można się dziwić, że pacjent inaczej odnosi się do lekarza szpitalnego, a inaczej do lekarza zamkniętego w murach własnego gabinetu i odgrodzonego od kuźni najnowszej medycyny, jaką bezspornie są oddziały szpitalne. Jest według mnie rzeczą konieczną, by na oficjalnej tabliczce Ub. Sp. zamieszczonej na drzwiach gabinetu przyjęć lekarza — umieszczono również nazwę szpitala, w którym lekarz pracuje. Podniesie to na pewno nasze zaufanie wśród ubezpieczonych. Rozłożenie takie godzin, by nie kolidowały one z pracą w szpitalu nie jest trudne. Zresztą dla takiego celu, jak podniesienie poziomu lecznictwa, samo-