Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/668

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


za niższy rodzaj lekarzy, lekarzy z konieczności, lekarzy, których rad i wskazówek słucha się z roztargnieniem, których badanie znosi się jeśli nie opryskliwie, to w każdym razie z niechęcią. Miałem często wrażenie, że pacjentowi i jego otoczeniu zależy ogromnie na tym, żeby ta wizyta, jako coś narzuconego, bardzo niepotrzebnego, krępującego obie strony, jak najprędzej się skończyła. Wśród ubezpieczonych utarło się mniemanie, że dobry lekarz nie potrzebuje pracować w Kasie Chorych, bo zarobi dostatecznie, zajmując się prywatną praktyką, że Kasa Chorych stanowi synekurki dla wszelkiego rodzaju miernot. Poradę takiego lekarza znosi się z obawą, że może zaszkodzić raczej, niż pomóc, bo szeroko się omawiało takie a takie fakty gdzieś „na pewno“ stwierdzone i zasłyszane. Przypominam sobie ze wstrętem doznawane uczucia w czasie takich wizyt. Czułem, że każdy mój ruch był zjadliwie obserwowany, że do każdego słowa ustosunkowało się takie „inteligentne“ otoczenie z jakąś pobłażliwością, maskowaną ogładą towarzyską, ale tym bardziej przykrą, że maskowaną niedostatecznie. Albo te wizyty u pomocnic domowych. Chlebodawczyni traktowała zwykle lekarza, jak coś niewiele wyżej stojącego od tej służącej, nie skąpiła swoich rad, stawiając różne warunki czy terminy wyleczenia służącej, bez której nie może sobie dać rady w domu, albo też „żądała kategorycznie“ z surowym wyrazem twarzy umieszczenia służącej np. z anginą o lekkim przebiegu w szpitalu, oczywiście nie z troski o zdrowie Frani czy Marysi, ale dla własnej wygody. Na Woli mogłem tłumaczyć — tutaj zgóry wiedziałem, że tłumaczenie spotka się z niechęcią, nie będzie w ogóle wysłuchane z uwagą, potraktowane, jako brak uprzejmości czy dobrego wychowania z mojej strony. Oczywiście, tu częściej, niż na Woli spotykałem się z wymówką niezasłużoną, że przyszedłem zbyt późno — robione to jednak było „subtelnie“ a więc spojrzenie na zegarek, albo stwierdzenie z głupim uśmieszkiem, że „myślałam, że Pan już nie przyjdzie“. Jakież to były nieprzyjemne rozmowy, ile trzeba było mieć opanowania, żeby nie wybuchnąć, nie nawymyślać. Na jad odpowiadało się przeciwjadem, równie zabójczo, równie uprzejmie i w tej atmosferze wzajemnego głęboko ukrywanego wzburzenia podchodziło się do łóżka chorego. Gdzież tu mogła być mowa o serdecznym kontakcie, o zaufaniu w takich warunkach. Nic dziwnego, że lekarze traktowali swoją pracę w Kasie Chorych, jako smutną konieczność dorobienia pewnej sumy pieniędzy do swego budżetu. Jakiś ciekawy rzadszy przypadek wcześnie poznany, właściwie skierowany, jakiś dom, gdzie potraktowano lekarza, jak lekarza, gdzie kilka dobrych uśmiechów wniosło zaufanie i życzliwość były to okruchy, którymi żywiliśmy nasze samopoczucie, którymi podniecaliśmy się w naszej codziennej pracy szarej i wyszarzałej.
Pamiętam moje zdziwienie, kiedy dowiedziałem się o masowym niewykupywaniu lekarstw w aptekach Kasy. Nie zdawałem sobie wówczas sprawy z istoty tego zjawiska. Nie przychodziło mi do głowy, że istnieją