Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/664

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


stracili dzieci, zostało ich dwoje. Pacjent zachorował nagle w południe. Ból głowy, wymioty, wysoka gorączka. Stwierdziłem ciężki ogólny stan, objawy miażdżycy naczyń, głuche tony serca. Zbadałem go dokładnie, nigdzie jednak nie mogłem znaleźć zmian, wyjaśniających powód ciężkiego schorzenia. Jeszcze raz począłem go wypytywać o najdrobniejsze szczegóły i badać „od stóp do głów“. Wreszcie odchyliwszy sumiasty wąs, na górnej wardze i skrzydle nosa, znalazłem małą czerwoną tarczkę, twardszą od otaczającej skóry, nieco bolesną na ucisk. Byłem „w domu“. Erisipelas. Poszedłem do domu, przyniosłem strzykawkę, zastosowałem autohaemoterapię, zapisałem kamforę z chininą. Wychodząc, uprzedziłem wystraszoną żonę, że sprawa choroby i jej przebiegu nie da się jeszcze dzisiaj stanowczo określić, wiele przemawia za różą i dlatego zastosowałem ten zastrzyk, żeby osłabić chorobę; albo więc jutro choroba minie, albo też rozwijać się będzie nie tak groźnie. Obiecałem w każdymbądź razie, mimo niedzieli, chorego odwiedzić nazajutrz. Tak się złożyło, że profesor zatrzymał mnie nazajutrz dłużej w szpitalu, a staruszka zaniepokojona, za radą znajomych wezwała doktora S., bardzo wówczas w Warszawie wziętego. Rano ciepłota opadła, stan ogólny wrócił do normy, mój pułkownik zapomniał o chorobie. Kiedy koło godziny 3-ej popołudniu wpadłem do niego — spotkano mnie jakoś ozięble, jak coś zupełnie niepotrzebnego, jak natręta. W pierwszej chwili nie mogłem zrozumieć tej metamorfozy. Zamieniliśmy kilka zdań, z których dopiero domyśliłem się, że ktoś był, że ktoś kazał przepisane przeze mnie proszki wyrzucić, że pułkownik miał „gastryczną gorączkę“. Poniosło mnie wtedy. Opanowałem się jednak i spokojnie, grzecznie oświadczyłem, że pozwalam im w to wierzyć, ale sam niebardzo się z tym mogę zgodzić. „Wczoraj stwierdziłem różę i dlatego właśnie poszedłem do domu, żeby jeszcze tego samego dnia zastosować zabieg, który nie tylko mógł złagodzić przebieg choroby, ale ją w tym przypadku ograniczył. Zrobiłem to jedynie pod wpływem mojego lekarskiego sumienia, bo zresztą na terenie Kasy Chorych nie stosuje się tego w ten sposób, nie chciałem jednak niczego zaniedbać, co mogło mieć dla zdrowia pacjenta jakieś znaczenie. Żałuję bardzo, że ten kolega, który źle o mnie mówił, nie widział się ze mną, nie porozumiał, jak dobre obyczaje nakazują — bo przypuszczalnie byłby innego zdania. Ale mniejsza o to, pan pułkownik jest już zdrów, ja więc jestem już niepotrzebny, żegnam wobec tego Państwa“. Nie taję, że wracałem do domu wściekły. Tymczasem, po kilku tygodniach, wróciwszy kiedyś w niedzielę ze szpitala, zastałem żonę, zabawiającą jakąś panią. Na stole leżał duży bukiet róż. Pani pułkownikowa naszukała się, biedactwo, mojego adresu i przyszła „odrobić złe“. Miała łzy w oczach. Powtórzyła na moją prośbę wszystko, co o mnie Dr. S. mówił z zażenowaniem i ze szczegółami. Było więc coś o młokosach z Kasy Chorych, o tym, że straszą, a nie leczą, że z głupstwa robią „wielkie choroby“ — bo to niedouczki, że dobry lekarz wstydzi się pracować w Kasie Chorych, — bo nie może zastosować, co mu nauka każe, tylko najwy-