Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/663

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


równo kawaler księżyca z Woli, jak bardzo sympatyczna panna M. z ulicy Natolińskiej zrozumieją niewłaściwość takiego zachowania się. Ale niestety tych przyszłych autorów dowcipów czekają na nas w naszej codziennej pracy całe dziesiątki, więc przyzwyczajamy się do uczuć, jakie w nas wzbudzają i przechodzimy tak bardzo niesłusznie nad nimi do porządku dziennego. Ale osad zostaje, zostaje narastający niesmak w stosunku do chorego, do jego otoczenia, do podobnych mu, do wszystkich. Dlatego właśnie należałoby z tymi „dowcipami“ zacząć nieubłaganą walkę, wszelkimi możliwymi środkami, przecież uderza on w naszą dobrą wolę, sumienność, przecież obniża powagę zawodu, wykonywanego nieraz z całym oddaniem się.


∗             ∗

Zauważyłem, że my, lekarze Kasy Chorych jesteśmy stale obserwowani i cenzurowani. Ubezpieczeni podpatrują nasze wady, nawyki, błędy czy śmiesznostki, by łączyć je potem najniesłuszniej z poziomem naszej wiedzy i wartością naszej pracy lekarskiej. Pamiętam charakterystyczny przykład. Pacjent mój, robotnik, bardzo zresztą sympatyczny człowiek, w czasie wizyty u niego skarży mi się na mojego kolegę, starszego i doświadczonego lekarza, który leczył jego teściową. „Matka żony choruje już drugi tydzień, wezwano go, no i cóż, przeczesał przed lustrem łysinę, zbadał matkę, coś tam zapisał, a matka ciągle stęka, choć już minęło od tego czasu 5 dni“. To „przeczesanie łysiny“ to najważniejszy moment, jaki w pracy tego lekarza zauważyli — to go już dyskwalifikuje, bo jakże by mógł lekarz poprawić sobie włosy i to u chorego. Albo „ledwie się do mnie wgramolił na schody — tak się zadyszał“ mówią mi o drugim koledze. Ubezpieczeni zauważą zniszczony but i będą to wykpiwać — bo to „łapciuch z Kasy Chorych“, ubezpieczeni będą się cieszyć z krótkowidztwa innego lekarza i wszystkie te nasze braki łączą z poziomem naszego lecznictwa. Minęło wiele lat istnienia Kasy Chorych, następnie Ubezpieczalni Społecznej i objaw ten żyje, utrudnia nam pracę, irytuje czy nawet załamuje.


∗             ∗

Wiele szkodzili nam niestety w opinii publiczności nasi koledzy z poza Kasy Chorych. Walka o byt. Tak. Ale środki tej wojny podjazdowej uderzały nas często w sposób krzywdzący. Jedno wspomnienie szczególnie mi się utrwaliło. Było to w czasie mojej krótkiej stosunkowo pracy w dzielnicy przy ul. Śniadeckich. W sobotę wieczorem ostatnią wizytę miałem przy ulicy Koszykowej u emerytowanego pułkownika a ostatnio urzędnika w jakiejś małej instytucji. W odnajętym pokoiku małżeństwo staruszków, pamiętających czasy dostatku. Oboje przeszli piekło bolszewickie,