Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/60

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


Tam i nazad za 60 zł.

Miałam wczoraj dwa wyjazdy do Krzeszowa, odległość 15 km. Jeden wyjazd 6 godzin: 5 godzin drogi, pół lub jedna godzina u chorego. Doskonała proporcja.
Jedzie się najpierw gościńcem, potem boczną drogą, potem kamienistą ścieżką na górkę. Jest krótsza droga przez góry i przez rzekę. Kiedy woda w rzece mała, można tamtędy jechać. Nawet sankami. Puste pola, samotna kapliczka, jedno drzewo sterczące nagimi konarami ku niebu. Nastrojowo. Przypominają się bajki o duchach i widmach. Zwłaszcza, gdy pada gęsty śnieg i tworzy na polach fantastyczne zaspy, z zadymki i nocy wyłaniają się widziadła, a wiatr wyje głosem upiorów. Człowiek odziany w ciepłe futro, z nogami przykrytymi baranicą, patrzy i słucha.
Tylko, że pewnej nocy sanki się rozleciały. W najbardziej nastrojowym punkcie, w pobliżu samotnej kapliczki równie samotnego drzewa. Do ludzkich domów daleko, gwoździa i młotka nie ma skąd wziąć. Nawet uczciwego patyka nie znajdzie. Śnieg wyżej kolan, ciemno.
Musiałam zejść z sanek. Trzymać z furmanem boki wozu, żeby do reszty nie odpadły. Nieść futro, żeby nie zginęło po ciemku. Miały upiory na co patrzeć. Wyły teraz ze śmiechu.
Sanie i wozy nie zawsze rozszczepiają się w kierunku podłużnym. Potrafią i w poprzek.
„Wiózł raz tędy mój szwagier księdza — pociesza mnie furman — a tu nagle wóz się napoły rozdzielił: przodek i tyłek osobno. I furman z przodkiem pojechał, a księdza w tyłku zostawił. Głuchy trochę był, nie słyszał, że ksiądz woła“.
Więc ucieszyłam się bardzo, że nie spotkał mnie los nieszczczęśliwego księdza. Mogłabym zostać sam na sam z tyłkiem sanek w pustym polu. Siedziałabym na tym tyłku do rana.
Więc wczoraj wybrałam dłuższą drogę. Nie mam czasu na te krótsze.
Już 8 dni Wicek Wajdzik choruje. Dzisiaj dziewiąty dzień. Zdecydowano się wezwać lekarza. Zdecydowano się wydać 30 zł. To znak, że z Wickiem źle. Już przed południem był ksiądz u niego.
Tak nagle zaczęła się ta choroba. W jeden dzień: zimnica, kaszel, gorączka. Odpluł krwią. Kłuło go w piersiach. Po nocach głupio mówił. Wszyscy poznali, że zapalenie. Leczyli go jak mogli. Dawali mu rumianek na gorączkę. Postawili mu bańki. Smarowali go psiem sadłem. Dawali psie sadło do picia, żeby mu gładziej było w piersiach. Kupowali w aptece leki na zapalenie. Było mu coraz gorzej. W dziewiątym dniu przestał mówić. Dychy go chwyciły straszne. Posiniał na twarzy.
Tętno u Wicka 160 na minutę. Wicek umrze. Sprowadzili mu księdza i doktora. Ksiądz zaopatrzył go na śmierć. Doktorka dawała zastrzyki, czę-