Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/421

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


łudnie i wschód, by nadziać ją na bagnety naszej piechoty pod Brodami. Cofa się jak osaczony odyniec i odgryza krwawo stary żołnierz frontowy. Przyzwyczaił się i pokazał zęby przy grobli. Bronią go bagna i błotnista rzeka. Skryliśmy się przed śmiercionośnym ogniem w zabudowaniach wioski naszpikowanej kolczastym drutem i pełnej betonowych schronów z czasów wojny światowej. Leżały tu tak niedawno i krwawiły w przewlekłycn zwarciach pozycyjnych armie różnych narodów. Walczyli Niemcy, wielojęzyczni Austriacy i różnorodne ludy Rosji. Wspomina o tej wiosce nie jeden pamiętnik i nie jedna książka. Pisze o niej w epopei kozackiej Szołochow.
Wiele jest w Polsce podobnych miejscowości, przyciągających magnesem swego położenia geograficzno-geologicznego wszelkie wojska w zmiennych okresach kolejnych wojen. Nieuniknionym losem wypadków zległa tu i nasza brygada. Ludność wioski wiele widziała i przeżyła w ciągu sześciu lat wojny. Umie współżyć przyjaźnie z każdym wojskiem i bez drożenia się obdarza żołnierzy tym, co otrzymała od poprzedników i rozpleniła u siebie w obfitości — chorobami wenerycznymi i zakaźnymi. Nawet krótkotrwała gościna wojska w takiej miejscowości powoduje w oddziałach straty stanów liniowych choć nie natychmiastowe, ale większe niż krwawa bitwa.
Po paru dniach walki ogniowej i nieudanych próbach przekroczenia zapory w blasku dnia, ruszyły w ciemną noc na groblę spieszone szwadrony w zwartej, głębokiej kolumnie, cicho jak stado szarych dzikch kotów.
Gdy dotknęliśmy przeciwległego brzegu, nagle powstało piekło na ziemi a po niebie rozszalał huragan piorunów.
Świt rozlał ciszę dzwoniącą w uszach.
Droga przerąbana stała otworem.
Jednak nie zdążyliśmy docisnąć pod Brodami żalaznej obroży na armię Buddiennego. — Gwałtowne rozkazy odwołały nas do ważniejszych zadań.
Czas przesuwa wskazówki na tarczy zegara. Masa żołnierska pochłonięta ruchem, wysiłkiem i silnymi przeżyciami nie patrzy na zegar. Czas sam da znać o sobie.
Wycofano nas z charataniny z Litwinami. Konie nasze jak szkielety. Czujemy jeszcze we wszystkich kościach diabelską ofenzywę z nad Wieprza po Suwałki. Rozłożyliśmy się biwakiem wśród morza lasów. W zaczajeniu, skrycie zbieramy się i szykujemy do nowego gwałtownego i niespodziewanego dla nikogo skoku przez Litwę i bezdroża byłej gubernii Wileńskiej. Puszczą nas jak ogary do zaatakowania Lidy od wschodu.
Kilkudniowy odpoczynek. Zarządzono „szwancparadę“. Koledzy żołnierze, kpiąc ordynarnie, naigrywają się z mej nieświadomości istoty zarządzenia. Paru spryciarzy ukryło się przezornie. Po przeglądzie odesłano na tyły sporą gromadkę. Nie przypuszczałem, że było tak wielu chorych wenerycznie. Oburzałem się na spryciarzy, którzy wymignęli się od prze-