Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/410

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została skorygowana.


dzienne, banalne. W jubileuszowym miesiącu spoglądam po za siebie i rzucam na papier odbitki z kliszy wspomnień.
Ot, taki sobie fotograf amator.


Trzy ruble.

Za parę tygodni czeka mnie konkursowy egzamin do gimnazjum. Nie byłem jeszcze nigdy w szkole. Wyobrażam sobie klasę jako dużą, szaro ponurą salę zastawioną czarnymi ławkami i wypełnioną pochylonymi sylwetkami skupionych chłopców w czarnych uniformach. Niepokoję się koniecznością wejścia w nowe życie, tak odmienne i pełne wyrzeczeń. Rozpocznie się wspinanie po szczeblach i ciągłe, trwające długimi latami, borykanie się z trudem przebywania przeszkód i zagród. Pierwsza przeszkoda, jaką mam pokonać, nie należy do łatwych. — Na czterdzieści miejsc zgłoszono już około trzystu kandydatów.
Żyję w lęku zwartego przewrażliwionego oczekiwania.
Siedzę przy stole i mozolnie kaligraficznie wypisuję pytania i działania arytmetyczne, rozwiązując zadanie o wypełnieniu zbiornika za pomocą trzech rur. W drugim pokoju leży chora matka, mój jedyny przyjaciel i powiernik. Matka swą mocną wolą i pokładaną we mnie nadzieją kieruje mym przyszłym losem i służy moralnym wsparciem w wytrwałym ślęczeniu nad książkami.
Uwaga moja rozdziela się między zadaniem a siostrą, kręcącą się od pokoju matki do kuchni. Siostra starsza ode mnie o dwa lata, zarozumiała dziewczyna, traktuje mnie lekceważąco. Jestem zbyt nieśmiały, by pytać ją o stan matki. Chwytam skrycie z podełba zmienną treść wyrazu jej twarzy i ruchów. Dostrzegłem krew na przenoszonej pościeli. Zakołatało mi serce.
Zaraz ma przyjść doktór.
W lękliwym oczekiwaniu zaczynają drgać mi ręce, odczuwam kurcz w gardle. By nie wybuchnąć łkaniem, pochylam się bardziej nad zeszyłem i mocno zaciskam pióro.
Dzwonek.
Zciszona rozmowa w przedpokoju. Nadzieja skutecznej pomocy dla matki rozjaśnia mi duszę. Ślę w stronę doktora entuzjastyczne uczucia wdzięczności i uwielbienia.
Za doktorem zamknęły się drzwi od pokoju matki. Pochylony nad stołem zamieniam się w słuch. Poprzez drzwi przebijają się niewyraźnie od czasu do czasu stłumione dźwięki rozmowy. Później słychać przesunięcie krzesła, szurgnięcie którego utonęło w długotrwałej, szarpiącej niepokojem ciszy.
Milczenie przerwał niespodziewanie i brutalnie opryskliwy głos niezadowolenia:
„Daje mi Pani trzy ruble? Mnie więcej kosztuje wejście na czwarte piętro“.