Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/327

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


poszkodowany zaczyna dowiadywać się, czy właściciel psa jest ubezpieczony od odpowiedzialności cywilnej, czy też nie.
Jeśli ubezpieczony nie jest — to zwykle właściciel psa odkupuję poszkodowanemu za dwa złote podarte pończochy, dołoży jeszcze z trzy złote na przeprosiny i na tym sprawa się kończy. Ale gdy tylko poszkodowany się dowie, że właściciel psa jest ubezpieczony — to sprawa przyjmuje zupełnie inny obrót. Wówczas idzie się do lekarza, który musi wypisać, iż u pana X czy Y stwierdził takie a takie otarcie naskórka, wielkości tylu i tylu milimetrów, że na skutek tak poważnych obrażeń będzie poszkodowany co najmniej z parę tygodni niezdolny do pracy i tak dalej. Charakterystyczne, że ubezpieczony w towarzystwie ubezpieczeń właściciel psa, wcale nie mityguje wygórowanych pretensji poszkodowanego, lecz chętnie namawia go do stawiania jak najbardziej wysokich żądań — „bo na to płacę tyle a tyle złotych rocznie, więc jeśli się co stanie — to niech towarzystwo płaci“. Z otrzymanym świadectwem w ręku wypisuje się do Towarzystwa Ubezpieczeń list, że żąda się tysiąca złotych odszkodowania, tytułem nawiązki za ból, utraconego zarobku, zniszczonej odzieży itp. Jeśli towarzystwo odmówi pretensjom poszkodowanego — to wówczas poszkodowany idzie do pokątnego doradcy, który wypisuje skargę sądową i oddaje się sprawę do Sądu. Poszkodowany — zazwyczaj człowiek niezamożny — nie ponosi żadnych kosztów w związku z wytoczonym procesem, gdyż korzysta z prawa ubogich.
Należy przy tym uwzględnić, iż jeśli mieszkaniec Warszawy czy Łodzi szuka rozrywki w kinie czy teatrze, to mieszkaniec prowincji znajduje tę rozrywkę w Sądzie, tym więcej, że na zasadzie prawa ubogich przyjemność ta nic go nie kosztuje. Natomiast pozwane Towarzystwo Ubezpieczeń musi opłacać adwokata, świadków itd., więc jeśli taki poszkodowany zażąda tysiąc złotych odszkodowania, to Towarzystwo dla świętego spokoju daje mu 250 czy 300 złotych za uszkodzenie, które, jak mówiłem wyżej, kosztowałoby nieubezpieczonego właściciela psa może 2, a najwyżej 5 złotych.
Otrzymawszy 250 złotych taki „poszkodowany“ urządza zakrapiane wódką przyjęcie, na którym właściciel kąsającego psa zajmuje honorowe miejsce — i na tym ostatecznie się sprawa kończy.
Podobnie dzieje się i w innych wypadkach — gdy ktoś przewróci się na ulicy i nabije sobie guza, czy też skręci nogę. Jeśli stanie się to na szosie, czy też przed własnym mieszkaniem — to wypadek taki żadnych konsekwencji za sobą nie pociąga — rozciera się guza, lub też wymoczy skręconą nogę i na drugi dzień się o tym zapomina. Ale jeśli to stanie się u rzeźnika, lub też na schodach jakiegoś domu, czy też przed jakimś większym domem — to sprawa znów przybiera inny obrót — podobnie jak w historiach z psami. Idzie się wówczas z tragiczną miną do lekarza, wyciąga znów świadectwo lekarskie i zaczyna się epopea sądowa przeciw-