Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/302

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


tak przynajmniej zapewnił ów lekarz-cudotwórca. Ale w kilkanaście dni później znów w jakimś składzie ukradł coś i został na tym przychwycony. Rodzice ma się rozumieć poszli z wymówkami do lekarza, który przecież gwarantował za wyleczenie chłopca z nałogu.
Ale ten z najspokojniejszą w świecie miną orzekł rodzicom, iż chłopiec był już najzupełniej wyleczony, a jeśli znów zaczął kraść — to tylko dlatego, że choroba wróciła się na nowo!
Kto z ludzi zwykłych, nie fachowców, może stwierdzić, czy proponowane przez danego lekarza leczenie jest rzeczywiście celowe i może przynieść choremu pożytek?
Weźmy na przykład chorego z rakiem żołądka. Lekarz uczciwy zaleci choremu jak najszybszą operację, (jeśli ma się rozumieć rak nie jest zbyt daleko posunięty). Lekarz nieuczciwy poleci wzywać się dwa razy dziennie, będzie choremu dawał morfinę i inne narkotyki, przez co chory, pozbawiony boleści, będzie rzeczywiście czuć się lepiej, by ma się rozumieć później tym prędzej ulec strasznej chorobie. Nie fachowiec będzie na pewno, przynajmniej w początkowym okresie, zadowolony z leczenia morfiną i będzie wydawał setki złotych na lekarza, który przyrzeka wyleczyć chorego i rzeczywiście sprowadza mu ulgę. Natomiast fachowiec, lekarz domowy, nie da się zwieźć działaniu morfiny na chorego i wytłumaczy zawczasu choremu, że poprawa jego stanu jest zwodnicza i polega tylko na zatruciu, przez co nie odczuwa on bólów — a jedynie celowym leczeniem zostaje operacja.
Dlatego też uważam, że związanie chorego z jednym lekarzem — lekarzem domowym — jest jedynie rozsądnym rozwiązaniem sprawy w lecznictwie społecznym. Pozostawienie wolnego wyboru lekarza — to wydanie chorego członka Ubezpieczalni Społecznej na łup szarlatanów i karierowiczów, którzy przy wolnym wyborze lekarza mają wspaniałe pole do popisu.
Przy sposobności powiem parę słów o tak modnym dzisiaj leczeniu specjalistycznym. Wytworzyła się dzisiaj między publicznością metoda omijania lekarzy ogólno-praktykujących, a szukanie pomocy w pierwszym rzędzie u tzw. specjalistów, których szeroka publiczność gotowa jest uważać za lekarzy wyższego rzędu, lepiej wyszkolonych niż zwykły „omnibus“ lekarz ogólnopraktykujący. Więc zaboli kogoś głowa — idzie się do specjalisty chorób nerwowych, męczy się ktoś szybko i ma krótki oddech —; idzie naturalnie do lekarza specjalisty chorób płuc, zaczyna ktoś źle widzieć — idzie się wprost do okulisty. Co z tego wynika — opowiem w paru przykładach.
Józef K. ubogi 30-letni rolnik z J. pod koniec 1931 r. czuł się osłabiony i źle wyglądał. Lecz małorolny nie może z powodu takich dolegliwości zaraz chodzić do lekarzy. Zaczął się więc trochę szanować — miesiąc za miesiącem schodził, nasz Józef K. czuł się raz trochę lepiej, to znowu gorzej. Wiosną 1932 r. zauważył, iż wzrok zaczyna mu niedopisywać