Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/278

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Franek G. zdolny i miły, 20-letni młodzieniec, uczeń szkoły leśniczych syn biednego stróża z majątku, zachorował na płuca w 1936 r. Leczył się u mnie kilka tygodni, lecz stan się nie poprawiał, chory gorączkował i tracił na wadze. Ponieważ po wielkiej części było to winą złych warunków mieszkaniowych, odżywiania itd., przeto było by konieczne umieszczenie chorego chłopca w szpitalu lub sanatorium. Ale „kto bude platit?“ Ojciec — jak zaznaczyłem, stróż — polowy na majątku, nie mógł w ogóle marzyć, by ze swych groszowych zarobków mógł opłacać kurację syna. Właściciel majątku nie miał żadnego obowiązku wobec syna swego pracownika, który od kilku lat był poza domem i przyjechał do rodziców dopiero z powodu choroby. Pozostawały fundusze publiczne. Zaczął więc ojciec chorego wędrówkę od wójta gminy do starosty, od starosty do lekarza powiatowego, pisał niezliczoną ilość podań do różnych urzędów i instytucji. Podania te ostatecznie odniosły skutek, bo po kilku miesiącach nadeszło z jakiegoś urzędu polecenie umieszczenia Franka G. w sanatorium. Tylko, że biedny Franuś nie chciał na to pozwolenie zaczekać i dwa dni przed jego nadejściem oddał Bogu ducha.
Stanisława J., 40-letnia żona rzemieślnika, (który wobec braku pracy ledwo zarobił na suchy chleb), zachorowała na płuca w początkach 1937 r. Przy niedostatku w domu zalecił lekarz leczący umieszczenie jej w sanatorium. Miasto zgodziło się, przekazując chorą jak na kpiny, aż na całe trzy tygodnie. Oczywiście tak długie leczenie pomogło tyle chorej, co umarłemu kadzidło, i po kilku dalszych miesiącach spędzonych w domu chora pozbawiona wszelkiej opieki zmarła. Możliwe, że w wielkich miastach, jak Warszawa, Łódź czy Poznań opieka społeczna rzeczywiście zajmuje się chorymi, lecz na prowincji traktuje się tę sprawę jako nieznośny i nieusprawiedliwiony ciężar, spoczywający na budżetach miast czy gmin wiejskich i robi się wówczas wszystko co można, aby chorych odstraszyć lub zniechęcić do tej „opieki“ względnie pozbyć się ich przez udzielenie chorym ochłapu opieki lekarskiej.
Nie chcę zaprzeczać, że w wypadkach nagłych, jak zapalenie ślepej kiszki, krwotoki, porody, zarówno pracodawcy rolni, jako też i samorządy, nie mogą odmówić udzielenia pomocy lekarskiej, względnie umieszczenia chorego w szpitalu. W tych wypadkach odmowa byłaby już zbyt oczywistym przestępstwem. Lecz gdy chodzi o cierpienia przewlekłe — wówczas albo wręcz odmawia się leczenia — albo też gra na zwłokę, dając choremu we dworze herbatki piersiowe itp. — w międzyczasie część chorych jakoś bez leczenia wyzdrowieje, część umrze, a pozostała reszta zadowoli się byle czym. Lecz jeśli sytuacja w razie choroby robotników rolnych względnie bezrobotnych jest, jak wyżej podałem, tragiczna, to w jeszcze gorszym położeniu znajdują się niezamożni samodzielni rolnicy. W naszej okolicy, jak zresztą i w całej Wielkopolsce, jest takich małorolnych względnie niewielu, w innych dzielnicach kraju stanowią oni jednak większość wśród mieszkańców wsi. Lecz na przykładzie tych kilkudziesięciu małorol-