Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/257

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Pojechałem na miejsce i rzeczywiście zastałem już dziecko w stanie beznadziejnym. Za dużo widziałem już tego rodzaju wypadków, aby nie rozpoznać u nieszczęsnego dziecka stanu zatrucia i odwodnienia organizmu. Zupełnie nieprzytomne, oczy w słup, kolosalnie powiększona wątroba, ciche tony serca wyraźnie przerywane i niemiarowe — wszystko to przy wywiadach nie dopuszczało innego rozpoznania. Byłem wyraźnie zbędny, nawet podjęcie jakiejkolwiek próby leczenia było zupełnie bezcelowe.
Cała sprawa wydała mi się jednak zagadkowa i za wszelką cenę starałem się ją wyjaśnić. Zapytany W. nie starał się nic ukryć. Wszystkiemu winna jego żona. Gdy nazajutrz po wizycie u mnie zobaczyła, że u dziecka nie ma poprawy, zamiast mnie o tym zawiadomić, wzięła dziecko i udała się do miejscowego felczera.
Trzykrotnie u niego byli, robił jakieś zastrzyki, polecił robić lewatywy, zapisał jakieś lekarstwo — ale dziecku pogarszało się coraz bardziej, nikło po prostu w oczach. Wreszcie, pan doktór widzi, co z niego zostało.
On tam jest nieuczony w tych sprawach, mieszka daleko za miastem i rzadko kiedy udaje się do Ubezpieczalni. Wczoraj mu dopiero robotnicy w fabryce mówili, by nie zwlekał i zaraz z dzieckiem pobiegł do pana doktora, co jest znany na takie choroby.
Ale cóż! Widać już zapóźno i pan doktór też nie pomoże. Żona mu dziecko „zbawiła“, sama głupia, usłuchała głupiej sąsiadki — i koniec z dzieckiem. Widać przecież, że trupek — ot co!
Postęp posuwa się jednak żółwim krokiem! Tyle lat już działają ubezpieczenia, tyle lat ofiarnej i ciężkiej pracy wyszkolonych lekarzy — a jednak ciemni, nieufni ludzie utartym starym szlakiem dążą do felczera, by leczyć ciężką chorobę, wymagającą dużo wiedzy i doświadczenia nawet od wyszkolonego fachowca.
24. IX.Gdy syn wprowadził go do gabinetu ledwie poznałem mego dawnego pacjenta. Błędne oczy, coś tam plecie piąte przez dziesiąte, niezorientowany w czasie i przestrzeni — robi wrażenie obłąkanego.
— Cóż panie S. nie poznaje mnie pan? — pytam. Nie poznaje. Uważa mnie za księdza, szepce cichym, ledwie dosłyszalnym głosem, monotonnie: — „o Lwów! o Kraków! coście wy ze mnie zrobili!“ i znowu „o Lwów! o Kraków! coście wy ze mnie nieszczęsnego zrobili“!
S. to stary, wypracowany robotnik fabryczny — niezdolny już do pracy. Jest tam i daleko posunięte zwapnienie naczyń wieńcowych serca i przepuklina obustronna i nieżyt przewlekły żołądka i ataki dusznicy bolesnej — jednym słowem — prawdziwy inwalida pracy.
Z fabryki żadnego odszkodowania otrzymać nie mógł, mimo że tam przez długie lata pracował, w Ubezpieczalni wyczerpał leczenie i ustawowy czas zasiłku — został więc na lodzie, na łasce niebardzo dbałych o ojca synów.