Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/222

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Ostatnio B. leży: serce „wołu“ zajmuje prawie całą przednią powierzchnię piersi, uderzenia koniuszkowe w linii pachowej przedniej. Wątroba obrzękła i powiększona, na 5 palców poniżej prawego łuku żebrowego. Obrzęki na nogach, na krzyżu, ataki duszności bardzo gwałtowne występują nawet bez wysiłku, po każdym jedzeniu wzmagają się, zwłaszcza zaś w nocy. Tym razem, mam wrażenie jest u kresu.
B. ma już wszystko za sobą: także długotrwałą, intensywną kurację w szpitalu, z którego wypisano go z pieczątką „niezdolny do pracy“. B. jednak uparł się znowu wrócić do pracy na własną odpowiedzialność — nie chciałem mu na to pozwolić. Obawiałem się poprostu katastrofy: nagłej śmierci przy wysiłku fizycznym z powodu pęknięcia chorego serca.
Postawiłem go przed komisją lekarską, która zajęła stanowisko, że właściwie nie ma prawa zabronić mu powrotu do pracy.
Na własną odpowiedzialność może podjąć pracę na nowo. I znowu B. na krótki czas wracał do fabryki, krótki czas remisji przed ostatecznym załamaniem się.
Drugim takim „dyssymulantem“ jest W. Wysoki, chudy, wygląda jak starzec, jakkolwiek napewno jeszcze nie ma sześćdziesiątki. Cierpi na kolosalna rozedmę płuc, powikłaną przewlekłym nieżytem oskrzeli oraz na przerost i zwyrodnienie mięśnia sercowego. Jest to prawdziwy inwalida pracy, przeszło 30 lat pracuje na swym oddziale w fabryce.
W lecie trzyma się jeszcze na powierzchni, pracuje nieprzerwanie i rzadko tylko się leczy. Natomiast na jesieni i zimą dostaje okropnych ataków duszności, trwających czasem kilka dni, na które żadne środki wewnętrzne ani zastrzyki nie pomagają.
Jest to okropny widok — zmagania tego człowieka o zdobycie za wszelką cenę choć trochę powietrza do płuc. Wystarczy jednak, by mu nieco ulżyło, a już zgłasza się, ciężko dysząc w mym gabinecie i prosi o kartę do pracy. Powtarza się ta historia kilka lub nawet kilkanaście razy przez okres zimowy. W. pracuje przez kilka dni, aż znów atak duszności nie przykuje go do łóżka.
Gdy czasem łagodnie mu perswaduję, by został jeszcze w domu i odpoczął trochę dłużej, W. patrzy na mnie swymi zmęczonymi oczyma, ciężko przez los doświadczonego człowieka i cichym głosem stara się mnie przekonać, że właściwie cała jego choroba to głupstwo.
— Trochę astmy, przecież pan doktór wie, że to przechodzi, żeby nie ta przeklęta duszność, to bym się czuł całkiem zdrów, zresztą praca moja nie jest znowu tak ciężka. Trzeba dorobić do emerytury, panie doktorze — usprawiedliwia się jakby przede mną.
Największym chyba „dyssymulantem“ jest G. Rok czy półtora brakuje mu jeszcze do emerytury i za wszelką cenę chce do niej dociągnąć. Z nim jest jednak sprawa jeszcze gorsza: cierpi na zwapnienie tętnic wieńcowych serca, przy najmniejszym wysiłku ręka mu drętwieje i od czasu do czasu dostaje prawdziwych ataków dusznicy bolesnej. Puścić takiego