Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/207

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Z dzieckiem na ramieniu zgłosiła się piękna niegdyś, a obecnie zbiedzona, kobieta do poradni dla niemowląt, aby poradzić się doktora w sprawie wysypki u dziecka i ciągłej „sapki“, trwającej prawie od urodzenia. Pan Stefan znikł, ten trzpiot, ale dziecko chce ona wychować jak najlepiej i poświęci mu wszystkie swe siły. Moje rozpoznanie brzmiało: kiła wrodzona. Kobieta z dzieckiem leczy się teraz w przychodni przeciwwenerycznej — a piękny pan Stefan znowu romansuje w jasne, księżycowe noce z innymi pięknymi brunetkami.
...Pani S. jest przystojną jeszcze kobietą, o klasycznych prawie rysach twarzy, jedynie jej skronie są lekko przypruszone siwizną. Nie należy się jednak temu zbytnio dziwić, dopiero niedawno jak skończyły się tragiczne perypetie jej męża.
Pani S. jest urzędniczką w tutejszej fabryce. Mąż jej natomiast był małym urzędnikiem w jednej z tutejszych firm. Przed kilku laty zauważyła pani S. u swego męża pewne bardzo dziwne zmiany w charakterze, których nie umiała sobie wytłumaczyć. Zawsze czysty, dbający o swój wygląd zewnętrzny człowiek, zaczął się wyraźnie zaniedbywać. Gdy wreszcie zniecierpliwiona zwróciła mu na to uwagę, nie zareagował wcale i jakoś niewyraźnie się uśmiechał.
Uderzał jego brak pamięci: nie tylko nie pamiętał, co robił wczoraj, nie tylko wypadały mu z pamięci nazwiska jego najlepszych przyjaciół, ale zdarzało się, że w żaden sposób nie mógł sobie przypomnieć czynności, wykonanej przed chwilą. Wkrótce i w biurze zauważono, że pan S., dotychczas wzorowy pracownik, nie wypełnia swych obowiązków. Zdarzało się nawet, że znikał na cały czas urzędowania. Wracał do biura wtedy, gdy wszyscy już je opuścili. Indagowany w tej sprawie przez szefa, znowu jakoś niewyraźnie się uśmiechał i przyrzekał, że się już to więcej nie powtórzy. Zamiast jednak poprawy wszystko szło coraz gorzej.
Pan S. zaniedbywał się coraz bardziej, po nocach nie sypiał, znikał czasem na całe dnie, wpadał często i łatwo z pogodnego i wesołego nastroju w ponury i melancholijny.
Zaniepokojona pani S. skłoniła go wreszcie do udania się do lekarza, co przyszło jej dosyć trudno, bo mąż uparcie twierdził, że jest zdrów i że nic mu nie dolega.
Lekarz badał go jakoś niezwykle długo. Próbował czy źrenice reagują, badał odruchy powierzchowne i głębokie, wykonywał z nim najrozmaitsze ćwiczenia gimnastyczne, każąc mu na przykład stać z zamkniętymi oczyma przy zwartych stopach, a w końcu pobrał u niego krew do analizy.
Gdy po tygodniu zgłosił się jeszcze raz, jak miał polecone, skierował go lekarz do przychodni przeciwwenerycznej, gdzie miał go leczyć wenerolog-specjalista.
Od tego czasu pan S. przechodził najrozmaitsze koleje losu. Leczył się w przychodni przeciwwenerycznej, następnie przez długi czas leżał