Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/181

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


dzieci do rozpuku, tylko Wojciech był markotny, coś cicho mamrotał do siebie, jakby się usprawiedliwiał. Była to przecież plama na jego honorze woźnicy-fachowca. On i wywrócona dorożka! Wojciech wywrócił!
I teraz to wspomnienie nie jest mu do smaku. Nie odpowiada jednak nic i tylko pilnie popędza konia. Przy świetle latarni patrzę na zegarek. Minęła 19-a godzina. Dopiero za jakieś pół godziny będziemy w domu. Z rozkoszą myślę już o zmianie zmoczonych bucików i pończoch, o ciepłym i przytulnym kącie. Nie zapominam jednak, że mam jeszcze dziś przyjęcia wieczorne, łudzę się tylko niebardzo godziwą nadzieją, że moi pacjenci nie zechcą czekać na mnie aż dwie godziny. Przynajmniej lżej chorzy przeniosą swą wizytę na jutro.
Z daleka migają światła miasta. Jedziemy teraz przeciw wiatrowi, który wzmógł się bardzo. Mokry śnieg siecze nas w twarz. „Stara panna“ ciągnie ostatkiem sił. Wojciech jest zły i głodny, godzina późna, a fu jeszcze konia „oporządzić“ i dorożkę doprowadzić do możliwego stanu. Przy tym ma jeszcze ładny kawałek do domu, nie mieszka bowiem w mieście, tylko jakieś 2 — 3 klm. za miastem.
Zbliżamy się do browaru. Za chwilę będę w domu. Z daleka już widzę, że okno w poczekalni jest oświetlone: znak, że pacjenci czekają. Rzeczywiście poczekalnia jest pełna, prawie tak jak rano. Wieczorem przyjmuje się wprawdzie tylko ubezpieczonych, ale widzę wśród czekających także kilka matek z dziećmi. Pewnie wypadki pilne — a jeśliby nawet nie były bardzo pilne, to i tak nie będzie je można odesłać w taką wichurę bez badania. Dezynfekuję się po wyjazdach — i znowu zaczynam przyjęcia.
Teraz pracuję ostatkiem sił — po przeszło 5-iu godzinach wyczerpującej jazdy na wichurze i zimnie, po 12-u wizytach domowych, z których większość to ciężkie wypadki. Czuję się wyczerpany i śmiertelnie znużony.
...Ktoś żywo gestykuluje i głośno opowiada, ktoś pilnie słucha, stawia pytania i otrzymuje odpowiedzi, ktoś pisze recepty, wyjaśnia i znowu wyjaśnia — ale to wszystko dzieje się jak gdyby w czwartym wymiarze, za gęstymi oparami mgły. Badam długo, za długo, co nie jest moim zwyczajem, wysłuchuję kilkakrotnie płuca, każdy wypadek wydaje mi się szczególnie ciężki i zagmatwany — i w końcu zdaję sobie sprawę, że diagnoza jest niepewna i prawie stereotypowo każdemu powtarzam, by się jeszcze raz zgłosił, gdy nie będzie czuł poprawy. W gruncie rzeczy czuję coś z pogardy i litości zarazem dla tego pana, który leczy, nie mając pewnej diagnozy i asekuruje się na wszelki wypadek, każąc pacjentom zgłaszać się w razie braku widocznej poprawy. Normalnie, mam na myśli przy normalnej pracy, nie zwykłem zapisywać recept, nie mając ustalonejj pewnej diagnozy — zawsze byłem i jestem nadal zwolennikiem prawdziwego, t. j. przyczynowego leczenia.
Przyjęcia się przedłużają. Już zegar w poczekalni wybił godzinę 21. Nareszcie ostatni pacjent, kobieta z dzieckiem, które nagle po południu dostało niewielką zresztą gorączkę, opuszcza poczekalnię. Następuje dłu-