Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/17

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


Że rozpoznanie i leczenie jest wypadkową tych wszystkich czynników nie mającą wiele wspólnego z medycyną — jest jasnym.
Praktyka prywatna na wsi daje lekarzowi zerowe możliwości. Tragicznym jest, że z tego zera lekarz żyć musi. Musi sprzedawać wartości fikcyjne chłopu, który nie ma na chleb.
Istotne zaspakajanie potrzeb chorego równałoby się pracy deficytowej poprzez walkę z warunkami i pacjentem.
Dlatego po krótkim czasie każdy lekarz przestaje walczyć. Schodzi na drogę pracy fikcyjnej i przekształca się w znachora.
W wypadkach krańcowych wyrasta najłatwiej na podłożu warunków praktyki prowincjonalnej typ lekarza-szarlatana.
Poświęcam mu kilka rozdziałów.
W Ubezpieczalni odpada zależność leczenia i lekarza od środków chorego. Odpada walka konkurencyjna lekarzy.
Dlatego pomijam zupełnie usterki Ubezpieczalni. Nie dlatego, żeby ich nie było. Są. Są wszystkim zbyt dobrze znane. Jest przeciążenie lekarza pracą, przekraczającą nie raz ludzkie możliwości, co siłą faktu obniża jej poziom. Jest ograniczenie świadczeń dla członków rodzin. Nie ma prawie możliwości wysyłania do sanatoriów gruźliczych. Jest nadmiar papieru, nadmiar formalistyki. To fakty.
Ale faktem, który należy położyć na drugiej szali jest to, co widzimy, zestawiając możliwości leczenia się chłopa i robotnika, to jest klas ekonomicznie jednakowo postawionych. Robotnik jako ubezpieczony ma, chociaż ograniczoną zakresem świadczeń, możność leczenia się, chłop nie ma jej w ogóle.
Nie da mu jej zwiększenie ilości lekarzy, jak chce ustawa. Lekarz niedoświadczony, rzucony będzie bezpośrednio po skończeniu studiów w najcięższe warunki, będzie zerem, jeżeli mu się innych warunków nie stworzy. Będzie to mnożenie zer.
Sądzę, że właściwym rozwiązaniem problemu dla wsi może być tylko uspołecznienie lecznictwa, połączone ze stworzeniem dużej ilości prymitywnych przynajmniej szpitali z możliwością współpracy z placówkami wyżej postawionymi.
Sądzę, że jest to wykonalne tymi samymi środkami, jakie chłop wydaje na leczenie niecelowe i z uwzględnieniem interesów lekarzy.
Co do strony zewnętrznej — posługiwałam się do pewnego stopnia językiem i stylem, używanym przez tutejszych chłopów, tym samym, którym z nimi rozmawiam. Kto chce, może usiąść z czerwonym ołówkiem i błędy podkreślać. Inni zgorszą się użytymi przeze mnie wyrażeniami. To trudno. Nie chciałam naśladować Zegadłowicza, proszę mi wierzyć. To ZUS winien. Żądał prawdziwych faktów, nie zmyślonych. Więc opisuję zdarzenia, które faktycznie miały miejsce i niektóre rozmowy przytaczam dosłownie.