Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/150

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


I rzeczywiście następnego dnia, zjawił się u mnie młody, nadzwyczaj przystojny mężczyzna. Brunet, oczy niebieskie, duże, czarne krótko przystrzyżone wąsy. Wyobraziłam sobie od razu, jakie spustoszenie musi czynić w serduszkach mieszkanek Powiśla ten tryskający energią donżuan. Ze współczuciem pomyślałam wówczas o owej Rosjance.
Cóż miałam powiedzieć niewiernemu? Wytłumaczyłam mu jak mogłam najdyskretniej, że jego żona bardzo go kocha, że jego zdrady odbijają się bardzo ujemnie na jej zdrowiu. Mówiłam, ale patrząc się na Adonisa, nie bardzo mi się chciało wierzyć w siłę moich argumentów. Tymczasem o dziwo, awantury pod 102 skończyły się. Rosjanka przyszła sama podziękować za nawrócenie męża.
— Teraz to ja wydaję obiady dla biednych dzieci. Całe dnie pracuję w szkole. Wzięłam też dziewczynkę na wychowanie, a mąż się już uspokoił. Cóż, kiedy mam znów ciężkie zmartwienie. Chyba się już z tej wątroby nie wyleczę. Brata mi przed dziesięcioma dniami bolszewicy rozstrzelali, dostałam list od bratowej, przyszedł z Baranowicz. Kto go wrzucił w Baranowiczach, nie wiadomo. A wujka mojego, to czytałam w gazetach, że rozstrzelali na Syberii pół roku temu.
— Myślałam, że w Rosji to tylko rozstrzeliwują jakieś wysoko postawione osobistości — mówię. — Cóż robili pani, brat i wujek?
— Nic. Mieli gospodarstwo i z tego żyli. Pięć lat temu przesiedlono ich na Syberię, a teraz dziesięć dni temu brata rozstrzelano. Bratowa pisze, że została na łasce Boskiej z czworgiem dzieci. Myślę, że już chyba lepiej mieć takiego męża, jak ja mam, takiego „przyjaciela“, co to, wie pani doktór, niż mieszkać w Rosji.
— Zapewne — westchnęłam. I pomyślałam sobie: „Czy jest takie zjawisko na globie ziemskim, w które nie będzie się mieszać lekarza domowego w Warszawie?“
Obecnie żyję w oczekiwaniu opisu wrażeń moich pacjentów z wojny japońsko-chińskiej i hiszpańskiej.


Psie życie.

Serce bolało mnie tego dnia bardzo. Z wysiłkiem odwiedziłam sześciu chorych na mieście. Myślałam: „Ostrożnie, masz czas“. Serce jest narządem, które zawsze nie jest w porządku u lekarza. Patrzyłam z troską na godziny, kiedy skończy się dzień pracy. Każde nachylenie się nad chorym w czasie badania, każde sięgnięcie do kartoteki, było dla mnie wielkim wysiłkiem. Wreszcie godzina 6-ta. Przyjęcia skończone. Mogę się położyć. Służącej mówię, że koniec i żeby nikogo nie wpuszczała. Kładę się, zaczynam zasypiać, lecz wkrótce rozpoczyna się dzwonienie.
Jakiś „pan“ — jak twierdzi służąca, bynajmniej na chorego nie wyglądający, chce się ze mną widzieć w celu zasiągnięcia informacji. Służąca perswaduje mu, że tylko w godzinach przyjęć może się ze mną widzieć i że