Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


„Coś podejrzanego“.

Z eleganckiej dzielnicy, gdzie mieszkałam, również zgłaszali się do mnie pacjenci z Kasy Chorych. Właśnie zawezwała mnie pewna krawcowa. Mieszkała co prawda w oficynie.
W mieszkaniu krawcowej — manekin, maszyna do szycia, części różnych fatałaszków damskich na stole, krzesłach, na kanapie. Krawcowa była bardzo przystojna młodą kobietą. W momencie gdy weszłam do pokoju karmiła piersią dziecko. Skarżyła się na osłabienie ogólne, była zdenerwowana.
— Może panią karmienie zbyt męczy? — pytam.
— Na pewno — odpowiada. — Dwoje dzieci karmić to nie byle co! Sześć tygodni po porodzie, a pracować już muszę. Sezon!
— To pani miała teraz bliźnięta? — pytam.
Leczyłam dawniej jej najstarszą córkę, niezwykłej urody panienkę. Szesnastoletnia panna „Mery“ uczyła się śpiewu. Panna Mery dopóki nie odzywała się, miała twarz Cherubina. Gdy mówiła — szpeciły ją zęby i jakiś niesympatyczny wyraz twarzy. Co prawda nie widziałam jej już dobre pół roku.
Krawcowa mówi:
— Pani, taka sympatyczna lekarka, musi nam pomóc, bo w przeciwnym razie mój mąż go zabije.
— Kogo? — pytam.
— A no tego — tu pokazuje dziecko, które karmi.
— Własne dziecko zabije?
Krawcowa odpowiada:
— Byłam w ciąży, źle się czułam. — Właściwie to powinnam już była zrobić koniec. Mam już dwie dziewczyny. Ale mąż chciał mieć synka. Miałam wiele roboty. Z domu nie wychodziłam. Kiedy byłam już w szóstym miesiącu ciąży, zauważyłam, że moja Mery jakoś się zmieniła. — „Córko, to jest coś podejrzanego“ — mówię, a ona odpowiada, że to nic. Najgorzej to było, kiedy zbliżał się poród. Bóle mnie chwytają, a patrzę: moja Mery zmieniona leży na łóżku i dmie się. — „Córko — mówię — bój się Boga, to coś podejrzanego!“ Mojej córce urodził się synek. — Powiedziałam mężowi, że to mój i że jeszcze spodziewam się drugiego, bo akuszerka mówiła, że to bliźnięta. Córeczka moja przyszła na świat dopiero w dwa dni po tym. Zameldowaliśmy jako bliźnięta pod moim nazwiskiem. Żeby to nie był chłopak, to bym chyba udusiła. Ale że chłopak, to mąż się mniej gniewa.
— No dobrze, ale czemu pani córka nie karmi swego dziecka? — pytam.
Krawcowa patrzy na mnie zgorszona:
— Mery jest panienką i jak sobie popsuje kształty, to narzeczony się z nią nie ożeni.