Strona:Pamiętniki lekarzy (1939).djvu/102

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Po 5-ciu latach praktyki lekarskiej w osadzie fabrycznej i w wioskach zapisałam się do różnych organizacji kobiecych i robotniczych. Zaszczycano mnie dość wysokimi, o przez to w moim pojęciu odpowiedzialnymi stanowiskami. Dalsze mieszkanie w Starołęce uniemożliwiało mi pracę społeczną. Stanęłam na czele organizacji, mającej swoje komórki na terenie całego województwa poznańskiego. Musiałam bywać w biurze owej organizacji. Przeprowadziłam się do Poznania i tu zaczęła się dwutorowość mojej pracy. Byłam nadal lekarzem dopuszczonym do praktyki w Kasie Chorych miasta Poznania i w Powiatowej Kasie Chorych i jednocześnie przewodniczącą dużej organizacji kobiecej robotniczej oraz radną miasta Poznania. Równocześnie nadal wyjeżdżałam „na wsie“, tylko zupełnie już w inne okolice, niż Starołęka.
W zakresie ubezpieczeń społecznych województwa poznańskiego panował nadal tzw. wolny wybór lekarza. Toteż osiedliwszy się w samym Poznaniu, musiałam zdobywać po raz wtóry w mym życiu praktykę lekarską. Nie wiem czemu, ale poszło mi to dość gładko — po czterech miesiącach już zarabiałam na swoje utrzymanie, gdyż ilość chorych, zgłaszających się dobrowolnie do mnie, wzrastała z dnia na dzień. W Poznaniu osiedliłam się na Łazarzu, dzielnicy gdzie znajdowało się tzw. „Wesołe Miasteczko“. Ponadto w pobliżu tej dzielnicy znajdowały się nowe zabudowania, to znaczy szereg małych domków, budek, altanek, zamieszkałych zimą i latem, a budowanych minimalnym zapasem gotówki na krańcach Poznania. Biedacy, bezrobotni i różne „wyrzutki społeczeństwa“ popłynęły do mnie potokiem, jako do swego lekarza z wyboru. Widocznie miałam już markę u tych ludzi.
Czasy stawały się coraz gorsze. Okres dobrej koniunktury kończył się, a zaczynał się tzw. kryzys. Wielu robotników traciło zajęcie. W okresie lepszej koniunktury wybudowali oni sobie maleńkie domki za miastem, na błocie, piachach, wśród stosów śmieci. Jak tylko chwycił który z nich jakąś pracę, choćby trwającą miesiąc, zaraz zgłaszał się do lekarza. Szczególnie kobiety rozumiały i ceniły ubezpieczenia społeczne. Przyprowadzały one dzieci do badań i obserwacji. Lamentowały, że nie mogły dłuższy czas leczyć swoich dzieci z powodu bezrobocia ojca. Prosiły o tran. Żałowały, że wkrótce stracą prawo do świadczeń, bo pracę można było uzyskać tylko na krótki przeciąg czasu. Publiczność warszawska, czytając to, pomyśli sobie, że ja tak piszę „konkursowo“. Ale ja tak piszę, bo tak było na prawdę. Tylko — podkreślam — w Poznaniu, nie w Warszawie. W Warszawie panuje zupełnie inny „duch“ wśród ubezpieczonych. Sprawę tę jeszcze omówię. Na razie podkreślam tylko docenianie faktu ubezpieczeń społecznych na terenie województwa poznańskiego.
Otóż jeżdżąc do wiosek za miastem, po drodze wstępowałam do tych oddalonych od miasta domków, glinianek, altanek, gdzie mieszkali moi chorzy, przeważnie już bezrobotni. Gruźlica szalała.