Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/93

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Czy pamięta pani Raskolnikowa? On tak właśnie całował...
— Włoda! Włoda! pragnęłam sławy, rozgłosu... blasku, jak każda nietuzinkowa istota...
Pragnęłam czegoś niepowszedniego, niekobiecego!
I oto! Oto — stanął na mej drodze bogaty, stary generał. Pojmij-że mnie, Włoda!
Przecież to było samozaparcie się, samoofiara, zrozumiej-że mnie! Nie mogłam postąpić inaczej! Wzbogaciłam rodzinę, zaczęłam podróżować po święcie, zostałam altruistką... A jednak, jakże strasznie cierpiałam, jak nieznośne, wstrętne, godne pogardy były mi objęcia tego generała — jakkolwiek, trzeba mu oddać sprawiedliwość — odważnie walczył w swoim czasie...
Bywały chwile... straszne chwile! Wtedy krzepiła mnie myśl, że staruszkowi nie dziś to jutro zemrze się, że zacznę wtedy żyć jak zechcę, że oddam się ukochanemu mężczyźnie, będę szczęśliwą!
A mam już takiego mężczyznę! Bóg widzi, że mam! — Piękna pani coraz silniej wachluje. Twarz jej przybiera wyraz płaczliwy.
— I oto staruszek umarł. Zostawił mi coś niecoś... Dziś jestem wolna jak ptak. Zdawałoby się, że teraz mi się życie uśmiechnie... Czyż nie tak, Włoda?
Dość... Zda się wpuścić szczęście... ale, gdzie tam!
... Słuchaj mnie, Włoda! Teraz, zdawałoby się,

89