Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/12

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


chcę, by przyszło. Odparłem, że to pouczanie mnie jest zbyteczne. To ostatnie słowo, jak się zdaje, podniosło mnie w jego opinji, — istotnie, jest to pięknie brzmiące słowo, będę je czysto powtarzać. Stworzenie powiada, że nie jest ono wcale ono, ale ona. Sądzę, że jest to rzecz niepewna, ale w gruncie rzeczy, jest mi wszystko jedno. Jest mi obojętne, czem jest to stworzenie, byleby tylko było zdała ode mnie i milczało.
Sobota, — W zeszły wtorek uciekłem od niej w nocy, wałęsałem się przez dwa dni i urządziłem sobie inny szałas, w nieznanem jej miejscu. Starałem się jak można najbardziej zatrzeć swe ślady, ale ona mimo wszystko wytropiła mnie przy pomocy pewnego zwierzęcia, które oswoiła i nazwała wilkiem. Przyszła do mnie i znowu poczęła wydawać swe żałosne kwęki i wypuszczć wodę z dołów, któremi patrzy na świat. Zmuszony byłem wobec tego wrócić z nią na dawne miejsce, ale wyniosę się stamtąd natychmiast, gdy tylko zdarzy się okazja. Ewa stale jest zajętą teraz różnemi głupstwami: między innemi usiłuje wyjaśnić kwestję, dlaczego zwierzęta, które nazywa lwami i tygrysami, żywią się trawą i kwiatami, podczas gdy budowa ich zębów, według jej słów, wskazuje jakoby na to, że powinny się one pożerać nawzajem. Jest to bardzo niemądrze, gdyż wtedy musiałyby one mordować się nawzajem, co — o ile mogę wyrozumieć — znaczyłoby, że w świecie powstało coś, co zwie się: „śmierć“. Tymczasem, jak mi mówiono, śmierć iesz-

8