Strona:Pamiętnik Adama w raju.djvu/10

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Znudziło mł się to ciągłe spieranie się, niech więc i tak będzie.
Dront! Chociaż, prawdę powiedziawszy, to jest on nie więcej podobny do dronta, niż ja!
Środa. — Urządziłem sobie szałas od deszczu, ale i tam nie mogłem znaleść spokoju. To nowe stworzenie i tam wlazło. A kiedy usiłowałem je wypędzić z szałasu, to poczęło wypuszczać wodę z dołów w górnej części głowy, któremi patrzy na świat, i wycierać je wewnętrzną stroną swej łapy. Wydawało przy tem takie żałosne jęki, jakie wydają niektóre zwierzęta, gdy je co boli. Pragnąłem bardzo, aby nie umiało mówić. Tymczasem wcale tak nie jest. Ja poprostu nigdy dotąd nie słyszałem głosu ludzkiego, to też każde nowe niezwykłe brzmienie, zakłócające uroczystą ciszę mojej sennej samotności, jest dla mnie fałszywą nutą i obrazą dla mego słuchu! A tu ten nowy głos rozlega się tak blizko koło mnie, to koło mego ramienia, to koło samego ucha, to z jednej strony, to z drugiej... Ja zaś przyzwyczaiłem się tylko do mniej czy bardziej odległych głosów — głosów dolatujących zdaleka, z tych rozległych, przesiąkniętych milczeniem przestworów — do głosów Przyrody, do wycia w lasach, do spokojnego szmeru niewidzialnych strumyków, do miłej, słabo dźwięczącej muzyki, rodzącej się w ciszy nocy i, być może, pochodzącej od tych jaskrawych przedmiotów, które święcą się i lśnią na niebie.

6