Strona:PL Zygmunt Krasiński - Pisma T3.djvu/109

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


Jak olbrzym rwałem się za pas z nicością!
Z osamotnieniem — z brakiem życia — z czczością!
Krat się pytałem: mówcie czy nie wiecie,
Co tam się dzieje na żyjących świecie?
Lampę tu smętną brałem w sine ręce
I długom liczył popiołki jej knota,
By czemś odmiennym rozerwać się w męce!
Nic nie pomogło — jakaś mgła i słota
Codzień mi ciemniej duszę zalewały!
— I świat wewnętrzny mój zagasł mi cały!
I samem został — bez natchnień — bez ducha —
Skuty na zawsze do tego łańcucha,
Który te wrosłe w kość moją kajdany
Spaja z tym hakiem wkutym do tej ściany!


∗                              ∗
O dawniej — dawniej — starce ostrzegali.

„Pójdziesz ty z harfą twą brzmiącą, młodzieńcze,
W głuche przepaści, pod rygle ze stali,
Pieśń twa tam umrze i ty z nią, szaleńcze;
Ludziom nic dzisiaj po dumkach wolności! —
Darmo się zżymasz — im tylko potrzeba
Nienaruszonej handlu spokojności.
U nas mordują takich jak ty gości! —
Zginie, kto światu nosi wieści z Nieba!“
— Jam ich nie słuchał, lub waśnił się z nimi.
Ha! — ja żyć chciałem a nie gnić na ziemi!
Więc gnić mi przyszło pod ziemią bez końca.
— Światłość mi wzięta wszystkim jaśniejąca!
I odczłowieczon ja spadł tak głęboko,
A Bóg na Niebie został tak wysoko,
Że mnie i Boga nie dojrzy już oko!


∗                              ∗
— Tak ja w najniższym twierdzy tej więzieniu,

Gdzie wszelkie życie zmiera w znicestwieniu!
Lecz tam nademną piętrzą się sklepienia