Strona:PL Zola - Ziemia.pdf/270

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


lekarstwo dla brata, który od tygodnia leżał chory, — biedna dziewczyna musiała zapłacić za miksturę dwadzieścia sou — połowę krwawo zapracowanych pieniędzy. Cztery nasze kobiety i towarzyszący im parobcy szli wolno, wkrótce jednak przyspieszyli kroku, spostrzegłszy pijanego Hyacynta, który zataczając się, szedł środkiem ulicy. Wiedziały one, że niepoprawny opój znów tego dnia zaciągnął pożyczkę, oddawszy w zastaw ostatni kawałek swego gruntu. Śmiał się sam do siebie, pieniądze dźwięczały w wielkich jego kieszeniach.
Gdy przybyli wreszcie do zajazdu, Kozioł zapytał z wesołą miną:
— Chcenie już wracać?... Słuchajno, Lizo, zostańcie obie z siostrą, wstąpimy coś przekąsić.
Zdziwiona dziewczyna spojrzała pytająco na Jana.
Kozioł zauważywszy to, dodał:
— Jan może zostać także, będzie nam weselej.
Róża i Fanny spojrzały na siebie z uśmiechem. Widocznie chłopak coś musi mieć na myśli. Ale z wyrazu jego twarzy, nie można się było domyśleć niczego. Mniejsza o to! nie należało stawać im na przeszkodzie.
— To dobrze — odezwała się Fanny — zostańcie. My z matką uciekamy do domu. Czekają tam na nas.
Franciszka, która trzymała wciąż krowę, odezwała się oschle: