Strona:PL Zola - Ziemia.pdf/261

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.


— Nie, trzydzieści.
— No! to trzymaj je sobie!
I wesoły chłopak zbliżył się do kobiet, uśmiechając się do matki, do siostry i do kuzynek, jak gdyby je wczoraj dopiero pożegnał. One również powitały go uprzejmie, zdawały się nie pamiętać dwuletnich sprzeczek i nieporozumień. Jedna tylko matka, której Liza opowiedziała o spotkaniu go na ulicy Grouaise, patrzyła nań badawczo, jak gdyby chciała przeniknąć wzrokiem po co chodził do notaryusza, Ale niczego domyśleć się nie mogła. Żadne z nich nie uczyniło o tem najlżejszej wzmianki.
— A zatem przyjechałaś tu, aby kupić krowę? — odezwał się wreszcie Kozioł do Lizy. — Wiem to od Jana... Ot! patrzaj! tu właśnie stoi śliczne bydlę!
I wskazał palcem na dużą krowę białą w czarne laty.
— Czterdzieści pistolów, dziękuję za łaskę! mruknęła pod nosem Franciszka.
— Czterdzieści pistolów dla ciebie, mały gawronie! — odrzekł Kozioł, klepiąc ją żartobliwie po ramieniu.
Ale oburzona dziewczyna odepchnęła go z gniewem od siebie.
— Dajże mi święty spokój! Czy słyszysz?... Nie lubię zadawać się z chłopcami.