Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/98

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.
VIII.

Miesiąc ten był dziwnie piękny. Pod ożywczemi prmieniami kwietniowego słońca ogród pokrył się jasną zielonością, delikatną i lekką jak koronka. Koło kraty łodygi powojów wypuszczały cienkie latorośle, a przewierścień w pączkach wydawał delikatny zapach. Po obu stronach trawnika strzyżonego i starannie utrzymanego, czerwone gieranie kwitły w koszach. A w głębi klomb wiązów, wciśnięty między sąsiednie zabudowania, tworzył wysoką ścianę ogrodu z gałęzi swoich, których małe listki drżały za najmniejszym powiewem wiatru.
Przez całe trzy tygodnie błękit nieba nie zasępił się ni jedną chmurką. Zdawało się, że wiosna uroczyście obchodzi święto nowej młodości, nowego wesela, co się zrodziły były w sercu Heleny. Każdego popołudnia schodziła do ogrodu z Joanną. Miała już swoje miejsce, przy pierwszym wiązie, na prawo. Stało tam krzesło jej i nazajutrz na żwirze drogi znajdywała jeszcze końce nitek, które porzucała dnia poprzedniego.
— Jesteś u siebie — mówiła do niej każdego wieczora pani Deberle; powzięła była dla niej jedno z owych gorących uczuć, które jej wystarczało na pół roku. — Do jutra! Postaraj się przyjść wcześniej, dobrze?
W istocie, Helena czuła się jak u siebie. Powoli przywykła do tego zielonego kątka i z dziecinną niecierpliwością chwili, w której się do niego udawała. W ogród-