Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/155

    Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
    Ta strona została przepisana.
    XII.

    Wieczorem, Joanna uczuła się lepiej. Mogła wstać. Chcąc uspokoić matkę uparła się, i powlekła do sali jadalnej, gdzie siadła przed próżnym talerzem.
    — Nic mi nie będzie mówiła usiłując uśmiechnąć się. — Wiesz dobrze że jestem gratem do niczego... Jedz, chcę żebyś jadła.
    Ona sama nie mogła nic przełknąć, ale widząc, że matka spostrzegł jej bladość i dreszcze, zaczęła udawać że ma chęć do jedzenia. Obiecywała zjeść trochę konfitur. Helena pospieszyła dogodzić jej, a dziecię uśmiechnięte patrzyło na nią ze swym wyrazem uwielbienia; lekkie drganie nerwowe poruszało jej główką. Przy deserze chciała dotrzymać obietnicy. Ale łzy zawisły na powiekach.
    — Nie mogę przełknąć — szepnęła. — Nie gniewaj się na mnie.
    Czuła okropne zmęczenie. Nogi jej zdawały się być martwe, żelazne kleszcze ściskały ramiona. Ale starała się być mężną, i powstrzymywała się od lekkiego krzyku, który wyrywał się jej z ust przy gwałtownym bólu szyi. Na chwilę jednak zapomniała się i skurczyła z bólu. Matka widząc ją tak mizerną, tak słabą, a zarazem tak godną kochania, nie mogła dokończyć gruszki, którą usiłowała zjeść. Łkanie dławiło ją. Upuściła serwetę i wzięła Joannę na ręce.
    — Moje dziecię, moje dziecię... — szeptała, a serce jej pękało patrząc na salę jadalną, gdzie mała, będąc zdrową, tak często ją bawiła swem łakomstwem.