Strona:PL Zola - Kartka miłości.djvu/107

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

chciała przyjąć przebaczenia i nie wstała z ławki, dusząc się tylko łzami.
Pan Rambaud i doktór zbliżyli się do niej. Pierwszy pochyli! się i wzruszonym głosem zapytał:
— Czegoś się pogniewała, kochanko, cóżem ci zrobił?
— Och! — rzekło dziecię, odejmując rączki i ukaząujc wzburzoną twarzyczkę — chciałeś mi zabrać mamę.
Doktór, który słuchał tego, zaśmiał się. Pan Rambaud nie zrozumiał od razu.
— Co ty mówisz?
— A tak, w tamten wtorek... O, dobrze wiesz o tem ukląkłeś, pytając mnie cobym powiedziała na to, gdybyś pozostał u nas.
Doktór nie śmiał się już. Zbladłe usta drżały. Przeciwnie, pan Rambaud zarumienił się, zniżył głos i wyjąkał:
— Ależ powiedziałaś, że będziemy zawsze bawili się razem.
Nie, nie, nie wiedziałam — odpowiedziało dziecię x gwałtownością. — Nie chcę teraz, słyszeć!.. Nie mów o tem nigdy, nigdy, a będziemy w przyjaźni.
Helena stojąc z koszykiem, do którego złożyła była swą robotę, usłyszała te ostatnie słowa.
— Chodźmy Joanno — rzekła. — Kto płacze, nie powinien tem nudzić nikogo.
Ukłoniła się, popychając przed sobą. Doktór bardzo blady, nie spuszczał z niej oka. Pan Rambaud był zmięszany. Tymczasem pani Deberle i Paulina, przy pomocy Malignona, obracały Lucjana na wszystkie strony, żywo rozprawiając, jak mu będzie do twarzy w kostiumie markiza Pompadur.
Nazajutrz Helena sama była pod wiązami. Pani Deberle, zajęta balem, wzięła z sobą Lucyana i Joannę. Doktór wróciwszy wcześniej niż zwykle, żywo zbiegł z ganku;