Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/8

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.


chomo w jeden punkt, jakby zadumany nad swą obecną samotnością.
Hrabina opowiada między znajomymi, że mąż jest cierpiący. Nic nie zmieniła w swym trybie życia, je, śpi, udaje się na spacerach w tych samych co zawsze godzinach. Co rano i co wieczór przychodzi osobiście zapytać hrabiego, jak się czuje.
— I cóż? lepiej mój przyjacielu?
— Lepiej, daleko lepiej. Dziękuję ci, droga Matyldo.
— Jeżeli sobie życzysz, zostanę przy tobie.
— Dziękuję, to zbyteczne. Jan i Franciszek wystarczą. Po co się masz fatygować?
Rozumią się oboje zupełnie; żyli każde z osobna i przygotowani są w odosobnieniu również umrzeć. Hrabia znajduje w tem pełną goryczy satysfakcyę egoisty, by rozstać się z życiem w osamotnieniu, nie patrząc na nudną komedyę żalu dokoła swego łóżka. Stara się zatem, zarówno ze względu na siebie, jak i na żonę, ile możności skrócić przykrość ostatniego sam na sam. Ostatniem jego pragnieniem jest zejść z tego świata przyzwoicie, jak człowiek światowy, nie deranżując nikogo, w nikim nie budząc wstrętu.
Pewnego wieczora zaczyna mu braknąć oddechu. Czuje, że rana nie doczeka. Wówczas, zdobywając się na uśmiech ostatni, oznajmia hrabinie, przybyłej z zwykłą wizytą:
— Nie odchodź... czuję się niedobrze...