Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/47

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

teren plotek coraz szersze zataczał kręgi, poruszały sprawy całego domu, całej dzielnicy, rozgadały się o zbrodni popełnionej przy ulicy Nallet... Wśród tego matka podnosiła się od czasu do czasu z krzesła i szła zajrzeć na Karolka, jakby dla przekonania się, czy się przypadkiem nie rusza.
Ponieważ nie zawiadomili władz o zgonie zaraz wieczór, cały więc dzień następny zwłoki musiały pozostać w domu, a że mieszkanie składało się z jednej tylko izby, więc jedli, spali i załatwiali wszelkie czynności przy trupie dziecka. Chwilami nawet zapominali o niem zupełnie, — gdy potem nagle im się przypomniał, doznawali wrażenia, że tracą go po raz wtóry.
Nakoniec trzeciego dnia przyniesiono trumnę, niewiększą od pudełka na zabawki; cztery niedbale sklecone deseczki, otrzymane darmo od gminy za wykazaniem przynależności — i dalej w drogę!... żwawo pobiegła gromadka do kościoła za trumną dziecięcą. Składały ją: ojciec, wraz z dwoma kolegami, spotkanymi po drodze, matka, pani Bonnet i młoda szwaczka z sąsiedztwa. Brodzili w błocie powyżej kostek. Deszczu wprawdzie nie było, natomiast panowała mgła tak wilgotna, że od niej przemakały suknie. Po ceremonii kościelnej, załatwionej błyskawicznie, orszak wyruszył dalej przez grzązkie ulice.
Do cmentarza był dyabli kawał drogi, aż za fortyfikacye. Był to duży, pusty, białym murem