Strona:PL Zola - Jak ludzie umierają.djvu/44

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została uwierzytelniona.

zbyt wielką boleść. Sąsiedzi, przechodząc, z pośpiechem mijają ich drzwi. Matka rzuca się chwilami, w napadzie płaczu, na łóżko i całuje dziecinę, jakby jej tą pieszczotą mogła sprawić ulgę i zdrowie przywrócić. Ojciec natomiast godzinami całemi wystaje ogłupiały przy oknie, unosząc od czasu do czasu brzeg podartego szala, by wyjrzeć na odwilż, kapiącą z dachów grubemi kroplami i oblekającą w czarne, brudne barwy ulicę.
Jednego rana lekarz zapowiada, że więcej nie przyjdzie. Chłopiec jest stracony.
— Odwilż go dobiła — rzecze.
Wówczas to Morisseau pogroził niebu pięścią. Wszystko więc godzi w życie biedaka!.. I mróz go zabija!... i odwilż także!... Och! żeby tylko kobieta chciała, roznieciłby on wnet, zatkawszy komin, takie ognisko, któreby im pozwoliło raz na zawsze, wszystkim trojgu, uwolnić się od dalszych męczarni. Wnetby był koniec wszystkiemu.
Tymczasem matka wybrała się raz jeszcze do merostwa, gdzie przyrzeczono jej już pomoc tym razem, czekali więc. Cóż to był za straszny dzień!... Od sufitu wiało bez przerwy przenikające zimno a w jednym z kątów izby deszcz lał się ciurkiem, że trzeba było cebrzyk podstawić. Od wczoraj nie mieli oboje nic w ustach, Karolek tylko wypił filiżankę tyzanny, przyniesionej z litości przez stróżkę. Ojciec siedzi przy stole, podparłszy głowę rękoma, wpółogłupiały, z szumem w uszach. Matka