Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/56

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

że gotuje on sobie dobrowolnie wielkie, a rychłe troski... Nie kocha nas przedewszystkiem.
— Och, nie, panienko, on nas kocha!
— Nie, nie, bądźcobądź nie tak, jak my go kochamy!.. Gdyby nas kochał, przestawałby z nami, byłby tutaj, zamiast tam, na górze tracić duszę i niszczyć zarówno nasze, jak i swoje szczęście tem pragnieniem zbawienia całego świata.
Tu obie kobiety przez chwilę patrzyły na siebie wzrokiem płonącym, w którym malowała się czułość, a zarazem i gniew, zazdrości pełen. Potem zabrały się z powrotem do pracy, nie mówiąc już ani słowa, w tym mroku cienistym i chłodnym.
Na górze, w swoim pokoju doktór Pascal pracował z powagą i zacięciem wesołem równocześnie.
Praktyką lekarską zajmował się najwyżej przez lat dwanaście to jest od czasu powrotu z Paryża, aż do chwili, kiedy postanowił osiąść w zacisznej Soulejadzie. Zebrawszy i umieściwszy przezornie jakieś sto kilkadziesiąt tysięcy franków, czuł się zupełnie zadowolonym i postanowił wyłącznie się poświęcić ulubionym badaniom. Z pacyentów zachował jedynie znajomych, a zarazem nigdy nie odmawiał pomocy biedakowi, jakkolwiek już nie posyłał potem nikomu rachunku. Gdy mu przecież gwałtem dawano pieniądze, wrzucał je w głąb jednej z szuflad biurka, uważając to za swój fundusz osobisty, przeznaczony na koszta badań, tudzież na zadowolenie szczególnych fantazyj, nie licząc stałego dochodu, który wystarczał całkowicie na potrzeby domowe. Sam pierwszy śmiał się z ujemnego rozgłosu dziwactwa, jaki