Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/55

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

powracała w myśli do wczorajszej sprzeczki i poprzysięgała sobie, że nie ustąpi odtąd ani na krok jeden.
Około godziny jedenastej Martyna zabierając się do gotowania śniadania, zeszła na dół, by chwilę porozmawiać ze swoją panienką. W ręku trzymała pończochę, której nawet idąc, nie przestawała robić, w chwilach wolnych od gospodarstwa.
— Czy panienka wie, że on wciąż jeszcze siedzi tam na górze, zamknięty niby wilk, i smaży na tej przeklętej kuchence?
Klotylda podniosła w górę ramiona, nie przestając pilnie patrzeć na haft.
— A następnie czy panienka wie, co opowiadają? Fani Felicyta miała słuszność wczoraj, mówiąc, iż można się rumienić z powodu owych bajek... Mnie, mnie, jak tu stoję, śmiano powiedzieć w żywe oczy, że zabił starego Boutina, panienka wie, tego biednego staruszka, który cierpiał na wielką chorobę i umarł na drodze.
Zapanowało milczenie, tylko na twarzy Klotyldy występowały cienie coraz to groźniejsze. W chwilę potem służąca zaczęła na nowo, przyśpieszając i tak już szybki ruch swych palcy:
— Co do mnie, nie znam się na niczem, ale mię oburzają do żywego te jego roboty... A czy panienka zadowoloną jest z owego smażenia, z owej fabrykacyi?
Klotylda szorstko podniosła głowę, już nie opierając się dłużej gniewowi, który ją nurtował.
— Och, bądź pewną, Martyno, że czuję do tego wszystkiego taki sam wstręt, jak ty. Co więcej, sądzę,