Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/502

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

rusza wargami, nachylił się i przysunął ucho. Istotnie Pascal mówił, ale szeptem zaledwie dosłyszanym:
— Czwarta... Serce omdlewa, już w aorcie niema krwi czerwonej... Żyły omdlewają; puls się zatrzymuje.
Tu duszność stała się jeszcze większą, — a słowa już tylko co pewien czas dawały się słyszeć.
— Wszystko się skończy niebawem... Nie opuszczaj mnie; klucz jest pod poduszką... Klotyldo!.. Klotyldo...
U stóp łóżka Martyna klęczała, zanosząc się od płaczu. Widziała już, że pan umiera. Mimo gorącego, a tajonego życzenia nie odważyła się jednak sprowadzić księdza, sama tylko odmawiała modlitwy za konających i gorąco prosiła Pana Boga, by przebaczył panu i zabrał go do raju.
Pascal umierał. Twarz jego stała się cała błękitna. Po kilku sekundach zupełnej skamieniałości, chciał odetchnąć poruszył wargami, otworzył usta, niby ptaszę małe, poraź ostatni pragnące napić się powietrza. I to była śmierć, nader zwyczajna.




XIII.

Klotylda dopiero po śniadaniu około pierwszej odebrała depeszę Pascala. Tego dnia właśnie Maksym okropnie jej dokuczał i co chwila dawał uczuwać z całem okrucieństwem wszystkie kaprysy chorego niewieściucha. Ogółem nie przypadła mu do smaku; jego zdaniem,