Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/491

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

wrażeniami i wykonywaną pracą. Czyż więc na tej podstawie nie możnaby marzyć o ludzkości, u której suma pracy równałaby się sumie wrażeń, a wówczas cierpienie zniknęłoby samo przez się pod naciskeim tej równowagi.
Teraz słońce już wzeszło. Pascal, na wpół uśpiony, wciąż jeszcze oddawał się owym marzeniom nieuchwytnym. gdy nagle uczuł w głębi piersi oznaki nowego przesilenia. Na chwilę zdjęła go obawa straszna, żeby już to nie był koniec i nie przyszło mu umierać w pustym, bezludnym domu. Właśnie teraz atoli rozległy się na schodach kroki szybkie i wbiegł Ramond, a za nim spieszyła Martyna. A chory, zanim go atak przydusił z powrotem, zdążył jeszcze zawołać:
— Zastrzyknij mi natychmiast, zastrzyknij wodę czystą, dwa razy przynajmniej po dziesięć gramów!
Na nieszczęście doktór musiał poszukać małej strzykawki, a następnie wszystko przygotować. To potrwało kilka minut, tymczasem atak był straszny. To też Ramond z obawą śledził jego postępy, patrzył na twarz, która się wykrzywiała, i blednące coraz bardziej wargi. Dopiero po dwóch zastrzyknięciach spostrzegł, iż atak, przez chwilę tak gwałtowny, zmniejszał się i tracił zwolna swoje natężenie gwałtowne. Tym razem jeszcze uniknięto katastrofy.
Pascal, jak tylko przestało go dusić, spojrzał na zegar i rzekł głosem osłabionym, ale spokojnym:
— Mój przyjacielu, siódma... Za dwanaście godzin, dzisiaj o siódmej wieczorem, już mnie nie będzie na świecie.