Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/488

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

— Dobrze! nie rozczulajmy się, ponieważ, widzisz, wszystko już jest napróżno i skończyć się musi nieodwołalnie... Jeżeli chcesz, abym cię kochał serdecznie, bądź mi posłuszną.
Na początek uparł się, iż nie zostanie w swoim pokoju. Wydawał mu się zimnym, zbyt wysokim, pustym i ciemnym. Zrodziło się w niem życzenie skonania w innym pokoju — w pokoju Klotyldy, a tymsamym, w którym oboje się kochali, w tymsamym, który nawiedzał z drżeniem religijnem. A Martyna musiała znieść jeszcze taką próbę ostatnią, że podtrzymywała go i prowadziła całego drżącego aż do łóżka, jeszcze nie zupełnie wystygłego... Pod poduszką miał klucz od szafy, który chował tam nocy każdej; i teraz wziął ów klucz, by wsadzić go zaraz z kolei pod nową poduszkę celem strzeżenia tak długo, dopóki będzie bawił między żyjącymi. Jutrzenka zaczęła rodzić promienie krwawe; Martyna postawiła świecę na stole.
— A teraz już się ułożyłem, oddycham nieco swobodniej; zrób mi przyjemność i pobiegnij do doktora Ramonda... Obudzisz go i przyprowadzisz z sobą?
Martyna zabierała się do odejścia, gdy nagle Pascala zdjęła trwoga niewymowna.
— A nadewszystko zakazuję ci uprzedzać moją matkę.
Tu Martyna, zakłopotana, z wejrzeniem błagającem powróciła ku niemu.
— Och! panie, pani Felicyta tak mię zawsze o to prosiła...