Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/458

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

zrobiło, gdy spostrzegła, z jaką łatwowiernością przyjął jej opowiadanie.
— Ach! tem lepiej! — krzyknął. — Zawsze mówiłem, iż nie należy rozpaczać. To pozwoli mi i ułatwi uporządkować moje interesy.
Jego interesami była właściwie chęć sprzedania Soulejady, o czem od czasu do czasu myślał dorywczo.
Ale cóż to za zmartwienie straszne opuścić ten dom, w którym Klotylda wzrastała, a on sam wraz z nią mieszkał przez lat niemal ośmnaście. To też postanowił namyśleć się nad tem przez jakie dwa lub trzy tygodnie.
Skoro atoli zamigotał mu promyczek nadziei, że zdoła wydrzeć z powrotem choć garść drobną ukradzionych pieniędzy, przestał już myśleć o tem wszystkiem. Na nowo zatem przestał myśleć o rzeczywistości, jadł to, co mu podała Martyna i nawet nie dostrzegł tego wzorowego ładu, tego dostatku, jakim go zaczęła otaczać, niema] na klęczkach, pełna uwielbienia, zrozpaczona, że musi naruszać swoj skarb niewielki a zarazem uszczęśliwiona, że może go teraz żywić porządnie i to tak, iż się nawet nie domyślał, jako właściwie ona go utrzymuje.
Zresztą Pascal nie wywdzięczał się jej za to. Wprawdzie ile razy ochłonął z gniewu, stawał się czulszym i żałował swej porywczości. Ale to wszystko, ponieważ żył ustawicznie zgorączkowany, oraz zrozpaczony, nie przeszkadzało mu bynajmniej zaczynać na nowo i unosić się na Martynę za każdym choćby najmniejszym powodem nieukontentowania.
Pewnego wieczoru, ponieważ usłyszał, jak jego matka bez końca gadała w głębi kuchni, wpadł poprostu w furyą.