Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/456

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

dząc o wszystkich kłopotach pańskich, pragnie jedynie panu pomódz.
Pascal przyprowadzony do wściekłości, krzyknął:
— Ach! pieniądze! nie chcę ich, czy mię rozumiesz!... Będę pracował, zarobię na życie, cóż u dyabła!
Tymczasem atoli, kwestye pieniężne stały się teraz bardzo naglące.
Pascal uparł się, iż nie weźmie ani jednego sou z owych pięciu tysięcy franków, zamkniętych w biurku.
Obecnie, gdy został sam, stracił świadomość wszelką o życiu materyalnem, o nic zresztą nie dbał, boć zadowolniłby się nawet chlebem i wodą; za każdym razem zaś, kiedy służąca prosiła go o pieniądze, by kupić wina, mięsa lub jaki przysmak, Pascal potrząsał jeno ramionami: po co to wszystko? przecież została jakaś resztka z dnia wczorajszego, to powinno w zupełności wystarczyć.
Ale Martyna, kochająca swego pana, widząc nadto, jak on cierpi, martwiła się niesłychanie owem skąpstwem, jeszcze bardziej brutalnem, jak jej oszczędność; bolało ją to ogołocenie zupełne, w jakie wtrącał się ów biedak wraz z całym domem. Robotnicy z przedmieścia żyją już bardziej dostatnio, niż doktór. To też teraz przez cały dzień toczyła się niepodzielnie w jej sercu straszna walka wewnętrzna. Przywiązanie, jakie żywiła dla pana, przywiązanie iście psiej uległości walczyło z jej namiętnem zamiłowaniem do pieniędzy, zbieranych po jednym sou, ukrytych gdzieś w jakimś zakątku, procentujących i pomnażających się dzięki temu. Wolałaby raczej wykrajać sobie kawałek ciała. Dopóki atoli jej pan