Strona:PL Zola - Doktór Pascal.djvu/306

Z Wikiźródeł, wolnej biblioteki
Przejdź do nawigacji Przejdź do wyszukiwania
Ta strona została przepisana.

Doktór atoli, oraz jego towarzyszka zaśmieli się wesoło i poufale, co ośmieliło kochanków. Zaczęli tedy opowiadać, iż ślub będzie na Świętego Jana; wprawdzie dość długo trzeba będzie czekać, ale zresztą, jakoś się to tam przeczeka.
Bezwątpienia, Zofia jeszcze urosła i zmężniała przez ten czas, odkąd jej nie widzieli; wyrosła i wypiękniała, ocalona przed ową chorobą dziedziczną, strzeliła w górę, jak jedno z owych drzew alei: stopy wśród traw i ziół zwilżanych przez źródło, głowa odsłonięta i wystawiona na słońce palące.
Ach! to niebo gorące i niezmierzone, co za ogrom życia zaszczepiało ono w istoty żywe i rzeczy nieruchome.
Zofia przecież doznawała głębokiego smutku i łzy zawisły jej na powiekach, gdy mówiła o bracie Walentym, który może nie zdoła przeżyć tygodnia. Właśnie, wczoraj dostała świeżą o nim wiadomość, — wiadomość, iż niema dla niego ratunku..
Doktór widząc to, musiał nawet nieco skłamać przed nią, by ją pocieszyć, choć sam na to nieuniknione rozwiązanie oczekiwał od pewnego czasu już co godzina.
Wreszcie opuścili Séguiranne i powrócili do Plassans. Tym razem i on i Klotylda szli oboje krokiem żwawym, oraz pospiesznym, a zgodnym, jak zwykle u kochanków, którym ich miłość przerwał na chwilę lekki dreszcz śmierci.
Na Starem Mieście jedna kobieta, którą Pascal leczył, powiedziała mu, że Walenty właśnie tylko co umarł.
Dwie sąsiadki zabrały do siebie Guiraude, która z płaczem olbrzymim, na poły oszalała, kurczowo chwytała się ciała swego syna.